Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

SIC TRANSIT

Dramatis personae

Kenneth O’Connor – komisarz policji
sierżant Ester – komendant posterunku policji w New Dublin
doktor Warwick – kierownik Zakładu Entomologii Stosowanej
mjr Stone – dowódca jednostki wojskowej
Richard Baxton – aktor
Liz Sailor – aktorka, żona Baxtona
Pamela – córka Baxtonów (lat 12)
Prof. Paine – Dyrektor Instytutu Zoologii
porucznik Stewart – II oficer Santa Marii
Peter Locke – zbiegły z więzienia zabójca
Anna Callaghan – była narzeczona Petera
Bill O’Hara – szwagier Anny
Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana
Fred – Członek Bractwa
mr. Clark – właściciel psa imieniem Huckleberry
kapitan Santa Marii
Sulejman – pośrednik agencji zatrudniającej marynarzy
oraz żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i one


1

W sunącym autostradą, prowadzonym przez starszego, łysawego faceta Mercedesie S-klasy siedziało, oprócz kierowcy jeszcze czterech młodych, ubranych w mocno wypłowiałe dżinsowe komplety mężczyzn. Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu. Po chwili znalazł się w rzece pojazdów płynącej przez centrum portowego miasta, skręcił w boczną, nieco spokojniejszą uliczkę, po czym zatrzymał się przed niewielkim hotelem. Młodzi pasażerowie opuścili chłodne wnętrze auta, i po wyjęciu z bagażnika marynarskich worków znikli w drzwiach budynku. Samochód ruszył, a po chwili stanął przed wejściem imponującego gmachu Hiltona. Przyobleczony w pełną mundurową galę, usłużny portier otworzył drzwi samochodu, a boy, po wyjęciu walizek z bagażnika, podążył w ślad za ich właścicielem.
Kiedy, po załatwieniu formalności w recepcji, dotarli do apartamentu, mężczyzna wręczył boyowi napiwek, po jego zaś wyjściu podniósł słuchawkę i wybrał numer.
– Hello! Witam pana, majorze. A więc dziś wieczorem. Zechce pan może określić miejsce spotkania.
– ...
– Tak, znam ten lokal. Będę o dziesiątej. Do zobaczenia.
W tym samym czasie płynący pod liberyjską banderą drobnicowiec „Santa Maria” zbliżał się do lądu. W oddali widać już było światła miasta i portu. W końcu silniki umilkły, a statek rzucił kotwicę i stanął na redzie.

2

Tuż nad brzegiem zatoki, po drugiej stronie której widać było połyskujące w oddali światła miasta, u stóp wysokiej sterczącej z oceanu skały posadowiła się niewielka knajpka. Na przylegający do niej parking podjechało czerwone BMW. Wysiadł zeń wysoki, szczupły mężczyzna w średnim wieku, ubrany w nienagannie skrojony popielaty garnitur i śnieżnobiałą koszulę, oraz ciemnowiśniowy krawat. Wszedł do restauracji, jednym rzutem oka zlustrował zadymione wnętrze i zdecydowanym krokiem podszedł do stojącego w kącie stolika, przy którym, nad szklanką piwa siedział mężczyzna z Mercedesa. Przysiadł się bez słowa i u przechodzącego obok kelnera zamówił kawę. Gdy kelner postawił parującą filiżankę na stole obaj mężczyźni nachylając się nieco ku sobie rozpoczęli cichą rozmowę, bacząc, by nikt nie mógł poznać jej treści. Po chwili człowiek z Mercedesa wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki żółtą kopertę, której grubość zdaje się wskazywać na bogatą zawartość i wręczył ją swemu interlokutorowi, po czym opuścił lokal, płacąc w barze za piwo. Drugi zaś dopił swoją kawę i podszedł do baru.
– Proszę whisky.
Barman sięgnął po szklaneczkę.
– Butelkę.
– Jaką?
– Najlepszą.
– Zapakować?
– Proszę.
Barman włożył butelkę do kolorowego kartonu i wręczył pakunek klientowi, który podał mu banknot.
– Reszty nie trzeba.
– Dziękuję bardzo., zrobiłem świetny interes – uśmiechnął się barman.
– Ja również – mruknął pod nosem nabywca trunku, po czym wyszedł z lokalu.

3

W kabinie kapitana „Santa Marii” obok siedzącego za biurkiem gospodarza przebywał drugi oficer statku – porucznik Stewart .
– ...tak więc, proszę się nie denerwować, poruczniku, ale takie jest życzenie kontrahenta i musimy się do niego dostosować, choć obaj doskonale wiemy, że nikt nie zrobi tego lepiej od pana.
– W porządku, kapitanie. Jest mi to zupełnie obojętne. Czy mogę już odejść?

4

Znany nam już ze spotkania w restauracji mężczyzna siedział za biurkiem. Na ścianie za jego plecami widniała flaga i godło państwowe. Do biura wszedł policjant z dystynkcjami sierżanta na rękawie bluzy.
– Panie majorze, sierżant Pratt melduje się na rozkaz!
– Siadajcie sierżancie i słuchajcie uważnie. Jutro wchodzi do portu liberyjski drobnicowiec „Santa Maria”. Macie zdjąć z pokładu czterech ludzi.
– Rozkaz, panie majorze. Proszę o nazwiska.
– Nic nie zrozumieliście, sierżancie. Chodzi o czterech dowolnych ludzi. Cztery sztuki – zaakcentował słowo „sztuki”. – Rozumiecie?
– Jak to – dowolnych? Rzeczywiście nie bardzo rozumiem...
– Nie sprawiajcie mi zawodu, sierżancie. Miałem was za bardziej bystrego. Takie otrzymałem polecenie... – wymownym gestem kciuka wskazuje ku górze – ...i sam nie wiem, o co chodzi.
– W porządku. Rozkaz, to rozkaz.
– Tylko uważajcie. Nie ma to wyglądać jak losowanie stron na boisku piłkarskim, lecz macie stworzyć pozory zatrzymania konkretnych osób. Aha, jeszcze jedno: w tej czwórce powinno znaleźć się dwóch maszynistów.
– Rozumiem, panie majorze. Może pan na mnie polegać.
– Nie muszę chyba dodawać, że sprawa jest poufna? Nawet wasi ludzie nie mogą się niczego domyślać.
– Oczywiście, panie majorze.

5

Do burty „Santa Marii” przybiła motorówka i na pokład, po zrzuconej ze statku drabince sznurowej wspiął się pilot. Stając na pokładzie przywitał się z oczekującym nań kapitanem, po czym obaj udali się na mostek. Rozległ się donośny zgrzyt łańcucha kotwicznego. Po chwili śruby statku zaczęły burzyć wodę i „Santa Maria” powoli ruszyła, minęła główki falochronu i majestatycznie przybiła do jednego z nabrzeży. Marynarze rzucili cumy. Maszyny zostały zatrzymane. Pilot, odprowadzony przez kapitana aż do trapu pożegnał się z nim i zeszedł na ląd.

6

Przy jednej z wiodących do portu ulic znajdował się niewielki kantor pośrednictwa pracy dla marynarzy i dokerów. Stanowił go przedzielony barierką pokój. Po jednej stronie, obok zaopatrzonych w brzęczyk drzwi stało kilka krzeseł, po drugiej – chwiejące się biurko i dwa krzesła oraz szafa na dokumenty. Obok szafy znajdowały się drzwi prowadzące do mieszkalnej części domu. Przy biurku siedział niemłody, bardzo otyły mężczyzna, z obliczem przyozdobionym długimi, czarnymi wąsami. Czerwony fez na siwiejącej głowie i nargile obok biurka nie pozostawiały żadnych wątpliwości, co do kraju pochodzenia jego właściciela. Mimo stojącego na biurku, skierowanego w jego stronę wentylatora, co chwila z czoła i karku ocierał pot trzymaną w dłoni wielką, kraciastą chustką.
Rozległ się dźwięk brzęczyka i do kantoru wkroczyli czterej młodzi pasażerowie Mercedesa. Mężczyzna przy biurku uniósł się lekko z krzesła, przywołując na twarz zawodowy uśmiech – pomiędzy mięsistymi wargami błysnął przy tym złoty ząb.
– Witam szanownych panów. Czym mogę służyć?
– Chcemy zamustrować – oświadcza jeden z nich – ale chcemy pływać na jednej łajbie. Oto nasze książeczki żeglarskie.
– Aj, aj! To będzie bardzo trudna sprawa. Więcej mam chętnych do pracy, niżeli zapotrzebowań. Trudno upchnąć jednego człowieka, a co dopiero czterech... No, cóż... Zostawcie mi swoje adresy. Jak coś się znajdzie, to was zawiadomię. Ale nie spodziewajcie się, by udało mi się załatwić to wcześniej, niż za jakiś miesiąc, lub dwa.
– Jesteśmy dobrej myśli i sądzimy, że znajdzie się coś znacznie wcześniej. Zaczekamy w tawernie naprzeciwko.
– Proszę bardzo. Ale tam o drugiej w nocy zamykają – uśmiechnął się ironicznie.
– Dobrze, dobrze. Nie bądź taki dowcipny. Na pewno znajdziesz coś dla nas jeszcze dzisiaj.
Mówiąc to czterej kandydaci na wilków morskich opuścili kantor. Zdumiony ich pewnością siebie pośrednik spoglądał w ślad za wychodzącymi, z powątpiewaniem kręcąc głową.

7

Załadunek „Santa Marii” dobiegł końca. Porucznik Stewart, stojąc oparty o reling ze złością wyrzucił za burtę wypalonego zaledwie do połowy papierosa i spogląda w stronę luku drugiej ładowni, gdzie, pośród uwijających się, obnażonych do pasa – przeważnie czarnych dokerów stał niewysoki facet, o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, ubrany mimo upału w czarny garnitur i, zapiętą pod samą szyję białą koszulę.
Stewart sięgnął po następnego papierosa.
Cóż taki szczur lądowy może wiedzieć o sztauerce? – rozmyślał. Niby do niczego się nie wtrąca, ale wszędzie wpycha nos, każdemu patrzy na ręce. Wygląda raczej na szpicla, niż przedstawiciela firmy handlowej.
Ostatnia porcja ładunku znika w głębi ładowni.
Ciekawe, co też może być w tych skrzyniach... Tylko dziecko dałoby się nabrać na te ich listy przewozowe. Mógłbym postawić całą swoją roczną pensję przeciw garści orzechów, że nie zawierają one żadnych części maszyn. To coś znacznie ważniejszego. Zresztą stary zdaje się być tym ładunkiem bardzo przejęty. No i ten Koreańczyk... Ale co mnie to w końcu może obchodzić...
Marynarze i dokerzy opuścili ładownię. Jeden z członków załogi podszedł do Stewarta.
– Skończone, panie poruczniku. Sprawdzi pan?
– Już idę. Albo nie... w końcu był ten facet. Możecie zamykać.
Tymczasem człowiek, o którym mowa udał się w kierunku kabiny kapitana. Zapukał energicznie i – nie czekając na zaproszenie – wszedł do środka.
Rozgniewany niespodziewanym najściem kapitan zerwał się z fotela, ale rozpoznawszy przybyłego rozpogadza się.
– No i jak tam leci panie Kim?
– Juś skońcione. Właśnie zamykają luk. Niedługo moziecie odbijać. Psipominam jednak pana, zie uran to nie piłki tenisowe i nalezi się obchodzić z nim ostroźnie, jak z jajkiem. Ziaden wybuch, co prawda nie zagrazia, ale zawsie jest to niebezpiećna zieć.
– Proszę się nie obawiać. Różne rzeczy już w życiu woziłem – i to w znacznie mniej bezpiecznych czasach. Mógłbym godzinami opowiadać o operacji „Pustynna Burza”. Co prawda, wtedy nie byłem jeszcze kapitanem, ale...
– ...to niech pan napisie o tym ksionśke – przerwał mu Kim – ale na razie prosie myśleć o tym ładunku, nie o psieśłości. A jeśli zawinie pan w terminie cieka na pana dodatkowa gratyfikacja. Psida się na studia dla dzieci.
– W porządku, panie Kim. Może pan być śpo... tfu... spokojny. To dobry statek, choć liberyjski.

8

Kończyło się zabezpieczanie luku ładowni, gdy w porcie rozległ się – cichy zrazu, lecz szybko narastający – ostry dźwięk syren samochodów policyjnych. Po chwili obok „Santa Marii” zatrzymały się dwa radiowozy. Wysiadło z nich sześciu rosłych, dowodzonych przez sierżanta Pratta policjantów. Dwóch zajęło natychmiast posterunek przy wejściu na trap pozostali weszli na pokład. Porucznik Stewart podszedł do Pratta.
– O co chodzi, sierżancie? Jestem drugim oficerem „Santa Marii”.
– Jeśli pan pozwoli, poruczniku, chciałbym rozmawiać z kapitanem.
– Wątpię, by był zachwycony pańską wizytą, ale jeśli pan musi...
Pratt z policjantami podążyli w ślad za Stewartem. Kiedy doszli do kabiny kapitana, Stewart zapukał i wszedł do środka, pozostawiając uchylone drzwi.
– No, co tam, poruczniku?
– Mamy gości, kapitanie. Policja.
Pratt i jego ludzie weszli do kabiny.
– Słucham pana.
– Przepraszam, kapitanie, ale muszę zapoznać się z listą załogi.
Kapitan wyjął z sejfu skoroszyt i wręczył go sierżantowi.
– Może pan wyjaśnić, w czym rzecz?
– Przykro mi, kapitanie...
Pratt studiował zawartość dokumentów, zerkając co chwilę do wyjętego z kieszeni notesu. Zapisał w nim coś i zwrócił kapitanowi skoroszyt.
– Proszę się nie gniewać, ale chciałbym zobaczyć następujących członków pańskiej załogi: Wiliams, Thomas, Bojanovič, Donnovan, oraz Mustafa.
– Proszę bardzo. Proszę się czuć, jak u siebie w domu.
Kapitan sięgnął po słuchawkę intercomu.
– Halo, bosmanie. Przyślijcie mi Thomasa, Wiliamsa, Mustafę, Bojanoviča i...
– Donnovana – podpowiedział Pratt.
– ...Donnovana.
– ...
– Tak, do mojej kabiny.
Zapadło kłopotliwe milczenie, przerwane po chwili pukaniem do drzwi.
– Wejść!
Drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch marynarzy. W głębi korytarza widać było zbliżających się trzech kolejnych. Zatrzymali się niepewnie, tuż za progiem.
– Proszę dalej i zamknijcie drzwi – zaprosił ich kapitan.
Marynarze ustawili się rzędem pod ścianą kabiny. Pratt ponownie wyjął swój notatnik.
– Thomas!
Jeden za marynarzy, słysząc swoje nazwisko wysunął się pół kroku przed kolegów. Sierżant Pratt przyjrzał mu się uważnie, po czym sprawdził coś w notesie.
– Dziękuję panu. Wiliams!
Thomas cofnął się, a przed szereg wysunął się Wiliams. Ponownie nastąpiła uważna obserwacja twarzy i całej sylwetki marynarza, oraz kartkowanie notatnika. Procedura powtórzyła się jeszcze trzykrotnie.
– Dziękuję za pomoc, kapitanie. Marynarz Donnovan może powrócić do zajęć. Pozostałych będę niestety musiał zatrzymać.
– Ależ, sierżancie! – kapitan nie krył gniewu. Co macie tym ludziom do zarzucenia? Czy pan zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje pociągnąć może za sobą tak znaczne uszczuplenie stanu osobowego załogi? Skazuje pan statek na postój w porcie. Kto pokryje wynikłe stąd straty? Zaraz po zabunkrowaniu mieliśmy odbijać.
– Przykro mi, panie kapitanie, ale wykonuję jedynie rozkazy przełożonych. I mam nadzieję, że nie będzie mi pan utrudniał wykonywanie czynności służbowych. Aha, jeszcze jedno. Proszę o wyznaczenie któregoś z oficerów na świadka rewizji.
– Proszę się tym zająć, poruczniku. – z kapitana „uszło powietrze” – Albo nie. Niech pan wyda odpowiednie polecenie chiefowi i wraca do mnie.
Policjanci zakuli zatrzymanych członków załogi w kajdanki i wyprowadzili ich z kabiny. Wyszli również Stewart i Pratt. Kapitan, oczekiwał powrotu porucznika bębniąc niecierpliwie palcami w blat biurka.
Porucznik Stewart wrócił do kapitańskiej kajuty.
– No i co teraz, poruczniku? Nie wiem w czym rzecz, ale nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. A zresztą po tych obwiesiach można się spodziewać wszystkiego najgorszego. Na co mi przyszło na stare lata? Pływać z taką załogą... Ale trudno. Będzie pan musiał się wybrać do miasta i znaleźć przynajmniej dwóch ludzi. Ja tymczasem zajmę się bunkrem, a gdy tylko policja dokończy rewizję, wychodzę na redę.
– Tak jest, kapitanie. Już idę.
– Chwileczkę, poruczniku. – otworzył kasę pancerną i wyjął z niej kilka banknotów, ale po krótkim wahaniu dołożył jeszcze dwa, lub trzy podobne. – Daję panu trochę więcej, ale mamy diablo mało czasu. Nie wykluczone, że trzeba będzie przepłacić agenta.
– Sądzę, że ma pan rację, kapitanie.


9

Przebrany w wyjściowy tropik Stewart zszedł na nabrzeże, mija stojący obok statku policyjny radiowóz, a potem stojącego nieco dalej mercedesa, za kierownicą którego siedział znany z pierwszej sceny jegomość. Wiedziony jakimś instynktem opuścił port i po bardzo krótkim spacerze dotarł do kantor pośrednika. Widząc wchodzącego oficer tłusty Turek zerwał się z miejsca i wyszedł przed barierkę.
– Czym mogę służyć, panie poruczniku?
– Potrzebuję od zaraz czterech ludzi, w tym dwóch do maszyny.
Przez nalaną twarz pośrednika przemknął radosny uśmiech, lecz niemal natychmiast przyjął zatroskaną minę.
– Aj, aj, panie poruczniku! Skąd ja panu wezmę czterech ludzi naraz i to na poczekaniu? Zgłasza się do mnie wielu kapitanów, chcących skompletować załogi, ale chętnych do służby na morzu jest, jak na lekarstwo. Nie ma już prawdziwych mężczyzn chcących wypłynąć na morze w poszukiwaniu przygody...Panie...Sulejman. Panie Sulejman. Zdaję sobie sprawę, że to może nie być takie proste, ale może choć dwóch. Chociaż motorzystów...
– Na pokład może by się i coś znalazło, ale do maszyny...
– Właśnie maszyna jest najważniejsza.
– Tak, rozumiem, ale to jednak kłopotliwa i kosztowna sprawa.
– Panie Sulejman. Stawiam sprawę jasno. Kapitanowi bardzo zależy na tym, by Santa Maria” jeszcze dziś wyszła w morze.
– No, jeśli tak bardzo zależy... Myślę, że jak się da, to się zrobi.
– Na pewno się da...
– W porządku. Proszę przyjść wieczorem, powiedzmy, o ósmej. Mam nadzieję, że będę dla pana coś miał.
– Dobrze. Do zobaczenia o ósmej.
Stewart opuścił kantor, a Sulejman po odczekaniu kilkunastu sekund zawołał:
– Ali!
Zasłaniająca drzwi kotara rozsunęła się i w kantorze stanął smagły dziesięcio-, lub jedenastoletni chłopiec.
– Słucham, ojcze.
– Idź do tawerny starego Gonzalesa. Zastaniesz tam czterech facetów ubranych w dżinsowe komplety. Jeden z nich nazywa się Jones. Powiesz im, żeby zaraz tu przyszli.
– Dobrze, tato. Już pędzę.

Opublikowano

Ja Ci dam dinozaury :P:P:P pisz za siebie ;)

Witam z powrotem zaraz czytnę i napiszę :) Akurat w Twoim przypadku nie muszę szykować notatnika, w celu kopiowania tam zdań do korekty ewentualnej ;)

"Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana"

"żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i inni"

Ciekawie się zapowiada ;)



P.S.

Twoja bajka gracka i zgrabna jest.

Opublikowano

Jak dla mnie opisy są zbyt długie i często nużące, szczególnie te w tym typie: "Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu." - właściwie to człowiek nie wie już o czym to jest.

Z dialogami jest o wiele lepiej, są bardziej naturalne i przejrzyste.

Ogólnie tekst ciekawy i intrygujacy.

Opublikowano

Może mam sklerozę, a może jednak coś w mojej głowie się zaczepiło o zwoje. Twój tekst już tu był kiedyś? Przecież znam ten tytuł!

Powrót dinozaurów? Leszek wraca na swój sposób. Z niego to taki trochę żartowniś. Nie wierzą? Chyba limeryków Leszka/bieszczadnika nigdy nie czytali.

Opublikowano

Był ten tekst. Dobrze pamiętam, ale to pewnie wariacja-innowacja. Lecę szperać w archiwach Dentmana... Już wtedy mnie zastanawiało, po cholerę gość wstawia do prozy didaskalia.:)

  • 3 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...