Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

RĘKOPIS ZNALEZIONY W DZBANKU


Tegoroczne wakacje spędziłem w Ziemi Świętej. Po zrealizowaniu „obowiązkowego” programu wycieczkowego miałem jeden dzień wypoczynku. Postanowiłem go spędzić inaczej, niż większość współtowarzyszy imprezy, którzy rzucili się w wir zakupów różańców, krzyżyków, medalików i innych pamiątek. Postanowiłem udać się na samotną, pieszą wędrówkę po wzgórzach Judei. Wyruszyłem autobusem w kierunku Haify, a potem „per pedes” na południe. Wędrowałem górskimi ścieżkami i w pewnym momencie, trawersując strome zbocze zszedłem do głębokiego wąwozu. Zmęczony upałem usiadłem na kamieniu i otworzyłem butelkę wody mineralnej rozglądając się wokół leniwie. Wtem- niemal u swoich stóp- spostrzegłem wystający nieco z piarżyska przedmiot wyglądający jak niewielki dzbanek. Rozgrzebałem otaczające go okruchy - i począłem delikatnie usuwać ze skalnego łoża. Jednak, mimo mojej ostrożności rozpadł się na kilka części; w mojej dłoni pozostał jedynie zwój czegoś, co przypominało mocno zetlałą tkaninę. Przy pierwszej próbie rozwijania zaczęła się rozsypywać, dałem więc temu spokój, odkładając tę czynność na bardziej sprzyjające okoliczności i odpowiedniejsze warunki. Rozejrzałem się uważnie w sąsiedztwie- nie dostrzegłem jednak nic godnego uwagi. Jeszcze raz zajrzałem do wygrzebanego przez siebie dołka i oczom moim ukazała się bielejąca kość palca. Zacząłem pomału usuwać drobne kamyki, aż pojawiły się pozostałe kostki dłoni, a jeszcze głębiej kości wyciągniętego ku górze przedramienia. Tak więc, jakiś nieszczęśnik starał się uchronić swój dzbanek przed zasypaniem przez kamienną lawinę... Dlaczego to było takie ważne? Ponownie dokładnie obejrzałem tajemniczy zwój. Taak. To nie była tkanina. To był zwój papirusu!
Po powrocie do hotelu umieściłem zwój w kartonie po krakersach i ukryłem w walizce. Gdy już znalazłem się w kraju schowałem swoje trofeum do szuflady z przeróżnymi „skarbami”, po czym- wciągnięty wir codziennych zajęć zapomniałem o nim na dobre.
Jednak w ubiegłym tygodniu, kiedy szukałem pewnego dokumentu, natrafiłem na pudełko. Przy pomocy pary z żelazka lekko zwilżałem papirus i rozwijałem go na przyniesionej z garażu szybie. Od razu dały się zauważyć niewyraźne, czytelne jednak znaki pisma hebrajskiego. Po całkowitym rozwinięciu zwoju przykryłem go drugą szybą i przystąpiłem do dokładniejszej analizy tekstu. Choć niektóre fragmenty uległy bezpowrotnemu zniszczeniu, to jednak całość zapowiada się niezwykle interesująco- żeby nie powiedzieć- sensacyjnie. Jego odczytanie zajmie mi zapewne sporo czasu, zwłaszcza, że w od pewnego miejsca autor przechodzi z języka staro hebrajskiego na aramejski, a język ów nie jest mi zbyt dobrze znany.
A oto w miarę dosłowne tłumaczenie tekstu uzupełnione o- nie występujące w oryginale- znaki przestankowe:

Pochodzę z rodu rabbiego Gamaliela i pełnię funkcję skryby przy Świątyni. Historia zaczęła się przed trzema- nie- przed czterema dniami. Sługa Jeremiasza- Baruch wezwał tego wieczora grupę kapłanów i lewitów do domu arcykapłana i powiedział co następuje:
-Dowiedziałem się, że żołnierze Nebuzaradana zbierają wszystkich budowniczych i innych rzemieślników -zarówno żydów, jak i niewolników- chcąc przy ich pomocy dokonac świętokradczego aktu zburzenia Świątyni.
-Skąd posiadasz taką informację- zapytał ktoś ze zgromadzonych. -Nie od dziś wszak wiadomo, że ogromne ilości ludzi wyprowadzają w więzach do Babilonu?
-To prawda, ale tamtych wyprowadzają z ziemi Izraela, tych zaś gromadzą na dziedzińcu pałacowym. Informację uzyskałem od pewnego sługi, który słyszał słowa posłańca od Nebuchonadozora do Nebuzaradana. Z pozyskanego w ten sposób kamienia mają rozbudować budynek(?) Musimy zastanowić się nad tym, co nam wypada uczyni, by ocalić choć Arkę, skoro Świątyni uratować przed zniszczeniem nie zdołamy.
Zaczęły się długie, trwające niemal do rana dyskusje, aż wreszcie decyzja została podjęta. Na koniec Baruch kazał nam przysiąc, że wszystko, o czym mówiliśmy pozostanie tajemnicą, po czym zapytał:- jesteście gotowi na śmierć?
-Jesteśmy- odpowiedziałem wraz ze wszystkimi.
-Ty nie- zwrócił się do mnie. - Ty masz powrócić i złożyć mi relację z przebiegu operacji.
Następnej nocy, na mocnych linach opuszczono Arkę ze wschodniego muru, do doliny Kedronu, a tam czekający już lewici przenieśli ją do domu pewnego cieśli. Człowiek ów w ciągu poprzedzającego dnia przygotował specjalnie skonstruowany, zaprzężony w parę wołów wóz z podwójnym dnem. W tak powstałej skrytce umieściliśmy Arkę, a na wierzchu w różnych pozach ułożyli się, udający martwych trędowaci. Znaczna grupa trędowatych towarzyszyli nam również pieszo. Zaprzęg w towarzystwie zakapturzonych kapłanów i lewitów wyruszył w drogę. Nie uszliśmy daleko, kiedy natknęliśmy się na babiloński patrol.
-Stójcie! Kim jesteście i dokąd o tak późnej porze zmierzacie?
-Nieczyści. Odprowadzamy swoich zmarłych braci za miasto, by oddać ich ziemi.
Jeden z żołnierzy uniósł wyżej pochodnię, by przyjrzeć się lepiej fałszywym zmarłym.
-Jeden się poruszył- oznajmił.
-Tak, naprawdę? Dotknij i sprawdź. Już dawno jest zimny -odpowiedział jeden z kapłanów.
Dowódca wyjął zza pleców szablę.
-Zaraz sprawdzę.
-Sprawdzaj, sprawdzaj. Jeśli krew jego tryśnie na twoją skórę, to już niedługo będziesz mógł przyłączyć się do naszego towarzystwa- zaśmiał się ironicznie kapłan.
-Tfu! Wynoście się stąd!
Nie niepokojeni już przez nikogo zboczyliśmy z gościńca na boczną drogę, a potem lewici wysunęli arkę ze schowka i ująwszy za drążki zaczęli wnosić ją wąską ścieżyną wspinającą się na strome zbocze. Ciężka to była wędrówka, bowiem często brakowało miejsca, by mogły zmieścić się na niej dwa rzędy ludzi. Niekiedy jedni poruszali się po zboczu poniżej, a ci którzy szli ścieżką posuwali się na klęczkach. Słońce stał już w zenicie, kiedy nasza karawana dotarła na miejsce przeznaczenia. Była nim spora jaskinia. Kapłani z lewitami wnieśli doń arkę i w niej pozostali. Grupa trędowatych wspięła się ponad wejście i poczęła wbijać w szczeliny drewniane kliny i polewać je wodą. Przez długi czas nie udało się uzyskać efektu, aż w końcu jeden z pracujących krzyknął:-Nie mamy już wody! Co mamy teraz zrobić? Najbliższe źródło jest o pół dnia drogi.
Nie zastanawiając się długo, odrzekłem: oddawajcie po kolei swój mocz na kliny. Tak uczynili. Nie minęło wiele czasu, gdy nagle dały się słyszeć coraz to głośniejsze trzaski, aż wreszcie, z donośnym hukiem wielka płyta skalna osunęła się ze zbocza unosząc przy tym ogromny tuman kurzu. Gdy pył opadł stwierdziłem, że wejście do jaskini jest prawie zupełnie niewidoczne. Poleciłem jeszcze przysypać wszelkie szczeliny drobnymi odłamkami kamieni i pyłem. Po chwili okazało się, że dla przypadkowego przechodnia wejście do jaskini jest (?). Mogłem więc wraz z ludźmi o czystych sercach, choć nieczystymi na ciele, udać się w drogę powrotną do Jeruzalem.

Od tego miejsca język papirusu zmienia się na aramejski. Przypuszczam, że był to język którego używał na co dzień, więc w związku z pogarszającym się stanem zdrowia łatwiej było mu posługiwać się nim, niż hebrajskim.
Pod wieczór zatrzymaliśmy się na nocleg w jakiejś rozpadlinie skalnej, by następnego poranka ruszyć dalej. W pewnym momencie poleciała w naszym kierunku lawina strzał. Idący na przedzie osunęli się na ścieżkę, a pozostali, wraz ze mną ruszyli biegiem w dół stromego zbocza. (?) Jednakże wszyscy- jeśli nie od strzał, to od upadku- zginęli. Jedynie ja wylądowałem żywy na dnie wąwozu, ze strasznym jednak bólem obu nóg. Przyjrzałem się im bliżej: jedna była potwornie strzaskana- kości sterczały ponad skórą, w drugiej stopa była nienaturalnie skręcona i zaczynał się na niej tworzyć wielki krwiak. Z rozbitej głowy również sączyła się strużka krwi. Wiedziałem, że nic już nie jest w stanie mnie uratować. Postanowiłem opisać całe zajście. Jako skryba, zawsze nosiłem przy sobie pisarskie przybory, więc sięgnąłem po nie do sakwy. (?)
Ocknąłem się z letargu, na jaki zapadłem. Czuję narastającą gorączkę. Połamana noga robi się prawie czarna, ale ból niemal ustąpił. Na niebie pojawiły się pierwsze sępy. Otworzyłem dzbanek i wypiłem ostatni łyk ciepławej wody. Orzeźwiło mnie to nieco. Napisałem już właściwie wszystko. Może jeszcze tylko to, że proszę znalazcę tego papirusu o dostarczenie go Baruchowi, lub arcykapłanowi.(...) Sępy zaczynają lądować w pobliżu. Schowam go teraz do dzbanka i nie pozostaje mi nic innego, jak czekanie na śmierć. Ale może nie... Ktoś schodzi po zboczu. Sępy ponownie wzbiły się w powietrze). (?) Może zdołam się uratować? Nie, to żołnierze Nebuzaradana... Słyszę łoskot. Osuwa się lawina...

Tutaj tekst się urywa...
Wpłaciłem już pieniądze na kolejną wycieczkę do Izraela. Kupiłem sobie nawet kapelusz w stylu Indiany Jonesa . Przymierzyłem go w domu. Pasuje do mojej wyprawy na pustynię, jak ortodoksyjny żyd do kościoła. Spatynowałem go, jak potrafiłem, wrzucając do wanny, zdzierając pumeksem delikatny meszek na jego powierzchni, a także lekko natłuszczając dolną powierzchnię ronda. No, może być...
Z Jerozolimy wyruszyłem tą samą drogą, co uprzednio. Po drodze od jakiegoś człowieka, który budował dom kupiłem za parę szekli poniewierający się na placu budowy liczący około trzech metrów kawałek drutu zbrojeniowego. Gdy minąłem miejsce, w którym dokonałem znaleziska szedłem jeszcze około czterech godzin obserwując uważnie pobliskie skały. Nic jednak nie zwróciło mojej uwagi. Przeszedłem ztem na drugą stronę wąwozu i ponowiłem obserwację za pomocą lornetki. I nagle... Jest! Wyraźnie ciemniejsza od otoczenia powierzchnia skały o wymiarach około trzy na cztery metry. Powróciłem w to miejsce. Z bliska nic nie było widać. Kamuflaż był rzeczywiście znakomity. Kilkakrotnie próbowałem przepchnąć drut pomiędzy płytą, a skałą macierzystą, aż w końcu wszedł na całą długość. Nie ulegało wątpliwości. To jest to miejsce. Do hotelu wróciłem późnym wieczorem. Długo nie mogłem zasnąć, rozmyślając nad tym, czy powinienem wyjawić tajemnicę, czy też zachować ją dla siebie. Czy odnalezienie Arki jest w stanie doprowadzić do pokoju na Bliskim Wschodzie, czy odwrotnie- spowodować eskalację przemocy. Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie, postanowiłem więc- przynajmniej na razie- nie nadawać biegu sprawie.
Kiedy wysiadłem z taksówki przed swoim blokiem od razu dostrzegłem puste, osmalone ogniem oczodoły okien w mieszkaniu na trzecim piętrz. Przeskakując po dwa stopnie na raz wbiegłem na drugie piętro. Mieszkanie było całkowicie zalane. W powietrzu nosiła się, zmieszana ze swądem spalenizny woń stęchlizny. Książki tak napęczniały, że niemal rozsadzały półki. Bezsilnie opadłem na fotel, lecz natychmiast zerwałem się na równe nogi, bowiem wyciśnięta moim ciężarem gąbka zmoczyła mnie aż po samo denko kapelusza. Rzuciłem się do mojego papirusu. Rzeczywistość była bardziej dramatyczna, niż się spodziewałem. Pomiędzy szybami znajdowała się mokra breja, pozbawiona wszelkich znaków pisarskich.
Ty idioto-pomyślałem o sobie- dlaczego nie zrobiłeś zdjęć?
Kiedy udało mi się z grubsza uporządkować mieszkanie , włączyłem telewizor. O dziwo, zadziałał. Właśnie pokazywali wiadomości z Izraela. Tym razem mówili o trzęsieniu ziemi. Na zdjęciach satelitarnych pokazali akurat ten region, po którym chodziłem jeszcze dwa dni temu. Pewnie wybiorę się tam po raz trzeci... Ciekawe, czy trzęsieni odsłoniło jaskinię, czy przeciwnie- została pogrzebana na zawsze.

Opublikowano

Tekst równy. Radziłabym popracować nad jego zindywidualizowaniem, nadaniu cech właściwych tylko Pańskiej prozie, to już jest etap, który jest dobrą odskocznią do tworzenia czegoś osobistego, właściwego tylko Panu. Historyjka jest pomimo błyskotliwych momentów (ten z trędowatymi) dosyć pospolita, właściwie przedstawia ograny szablon myślowy, pełno tego w amerykańskim kinie i prozie. Radzę poszukać niebanalnych tematów i zaskakujących rozwiązań. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...