Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Mojej wyśnionej


- Mieli rację, mówię ci... - młody chłopak mówił z zapałem. - Chińczycy zawsze mają rację. - głos mu drżał, na twarzy widać było rumieńce.
- Jenn, daj spokój, wszyscy mamy bzika, ale ty chyba przesadzasz... - ubrany w czarną skórę motocyklista zdawał się stać twardo na ziemi...
- No mówię ci, poczytaj sobie Hawkinga, albo kogokolwiek, kto pisze o Wielkim Wybuchu, nasz wszechświat NIE MA RACJI BYTU - istnieje jakby na kredyt - ciągnął dalej Jenn. - Ty też daleko nie zajedziesz bez benzyny... najwyżej może ci się to tylko śnić...
- To jest właśnie RZECZYWISTOŚĆ - bez benzyny nie ma jazdy - zaśmiał się Andy.
- O tym przecież mówię - my nie mamy prawa istnieć... - zaczął od nowa Jenn, ale nie dokończył.
- Daj sobie luz, bo niedługo zabraknie ci przyjaciół do przekonywania o swoich racjach - przerwał mu Andy.
- To ty daj sobie powiedzieć - nie bądź, jak żywe mięso z Matrixa - kontynuował chłopak w brudnych dżinsach - ani się nie obejrzysz, jak to wszystko zniknie, jak zły sen...
Motocykl zawarczał pogardliwie i z piskiem ruszył.
Oddalając się, Andy wykrzyknął tylko: - Lecz się, Jenn... - i zniknął w kurzu południowego piachu.

***

Jenn leżał na łóżku i obserwował nierówności na suficie. Ciekawe, czy ja też mógłbym wymyślić ŚWIAT... czy to tylko przywilej smoków - zastanawiał się. Czy gdybym wystarczająco mocno chciał... a te plamki - mógłbym przecież wymyślić, że każda z nich jest światem... że tam gdzieś ktoś właśnie mierzy swój wszechświat i dochodzi do wniosku, że jest nieskończony... a z mojego punktu widzenia to tylko pyłek... Nie, to chyba nie tak, chińczycy mówią, że świat jest snem smoka, to chyba bym musiał wyśnić taką plamkę... A poza tym czy smok śni ten świat w szczegółach, czy on sam się dzieje, a sen smoka, to tylko początek, Wielki Wybuch...
Rozmyślania przerwał krzyk ojca: - Obiad na stole!
Jenn poczuł obrzydzenie. Sam sobie jedz to wydumane żarcie - pomyślał, ale zwlókł się z łóżka i podszedł do schodów.
- Nie jestem głodny - odkrzyknął do ojca.
- Jak zaczniesz zarabiać, to wtedy będziesz mógł grymasić i kupować sobie, co tylko będziesz chciał, ale na razie będziesz jeść, co mama ugotuje - w głosie pana Johnsona dało się wyczuć zdenerwowanie. - Natychmiast na dół!
- Nie będę jeść czegoś, co nie istnieje! - krzyknął zirytowany Jenn.
- Jak chcesz, ale zanim umrzesz z głodu, pójdziesz z nami do doktora Willsona. I żadnych wykrętów! Nie będę krzyczeć do ciebie przez pół domu, zejdź natychmiast, musimy porozmawiać - ojciec z trudem panował nad złością.
- Idę, idę - odparł Johnson junior i poczłapał schodami w dół. - Ale nie myśl, że ten twój wymyślony doktorek coś poradzi - my nie istniejemy, czy to się Willsonowi podoba, czy nie...
Na dole ojciec podszedł do okna. Twarz miał ściągniętą złością. Patrzył na zachodzące słońce - a może tylko tak się wydawało.


***

- Jenn, odpowiedz!
Cisza. Nawet Collins przestał flirtować z Betty. Do końca zajęć zostało jeszcze dwanaście minut.
- Jenn!
Nic. Kolejna nieskończenie długa pauza. Wydawało się, że wszyscy przestali oddychać.
- Panie Johnson, proszę zgłosić się do dyrektora - głos panny Aniston przypominał teraz skrzypienie paznokci po tablicy, a usta zmieniły się w szczelinę dyfrakcyjną.
Jenn ocknął się z letargu, nieprzytomymi oczyma spojrzał na nauczycielkę i powiedział: - Panno Aniston, przepraszam, właśnie próbowałem wyśnić świat...
Nie dokończył. Przerwała mu salwa śmiechu. Popatrzył zmrużonymi oczyma po klasie i wyszeptał: - Śmiejcie się, kretyni, pstryk! i was nie ma.... A ja wyśnię sobie lepszy świat - taki, w którym nie będzie was i wam podobnych...
Panna Aniston poprawiła wykrochmaloną, nieskazitelnie białą bluzkę, wygładziła nieistniejącą fałdę na spódnicy koloru najbrzydszej szarości pomieszanej z najbrzydszym beżem, chwyciła dziennik i wojskowym krokiem wyszła z klasy.
Collins wstał i cynicznie slodkim głosikiem spytał: - Śpiący Królewiczu, kiedy się wszyscy obudzimy?
Wy nie śpicie, was nie ma - odparł ledwie słyszalnym szeptem Jenn; nieprzytomnym wzrokiem zdawał się widzieć przez mury. - Mnie też nie ma, ale ja o tym wiem...
Collins zdążył już stanąć przy nim na stole i udawał, że go bada. Za stetoskop służył mu jego nieodłączny walkman. Po chwili, udając zdziwienie, które często gościło na twarzy doktora Willsona i stało się jego znakiem rozpoznawczym, oświadczył: - Czy to możliwe? Johnson, chłopcze, pochodzisz z takiej zacnej rodziny i zwariowałeś? Pokierało cię? Masz haluny? Sikasz ze strachu w łóżko, kiedy mamusia zgasi światło? - ostatnie wyrazy wykrzyczał Jennowi do ucha. Młody Johnson zdawał się tego nie słyszeć, krokiem lunatyka wyszedł z klasy. Zadźwięczał dzwonek.

***


- I co, biorą? - Andy wyrósł spod ziemi jak duch, bez motocykla poruszał się prawie bezgłośnie.
- CO bierze? - spytał Jenn. Widać było, że siedzi nad brzegiem rzeki, ale myślami jest zupełnie gdzie indziej.
- Ech, Jenn, weź się w garść... Twój wyskok na historii... cała szkoła mówi, że jesteś... no wiesz...
- Andy, czy Anitrah to dobre imię?
- Co? Jaki Anitrah? - czarna kurtka Andy'ego lśniła w zachodzącym słońcu, jak jakaś kosmiczna zbroja.
- No, imię dla smoka... konkretnie dla smoczycy...
- Jenn, dla jakiego smoka? Jeśli masz rację i to smok nas śni, to po co wymyślać dla niego imię?
Johnson spojrzał z wyrzutem na motocyklistę: - Andy, czy ty mnie słuchasz? To imię dla smoka, którego JA wyśnię. Ja. W moim prywatnym wszechświecie.
- Wiesz co, Jenn, może twój stary ma trochę racji i powinienneś iść do Willsona... Albo lepiej pojedźmy pokłusować trochę! Weźmiemy ze sobą Agnes i tę nową, zapomniałem, jak ma na imię, może się da ją trochę rozruszać... One będą nam gotować, a w nas obudzi się duch Pielgrzymów i ruszymy na wielką przygodę! Ja też czuję się już zmęczony tą budą, wiecznym użeraniem się z panną Aniston..


W miarę jak Andy zachęcał Jenna do wspólnego wypadu za miasto, ten jakby rozpływał się w swoich myślach, niemal namacalnie robił się przezroczysty, myślami zataczał kręgi szersze od horyzontu. Po chwili, szeptem tylko ciut głośniejszym od wiatru odpowiedział: - Andy, wiem, że chcesz dobrze, ale to nie ma sensu, jazda na nieistniejącą wycieczkę, nieistniejący bekon z równie nieistniejącymi jajkami... Rozumiesz? To ja, ja muszę wymyślić coś, co będzie realne, co prawda tylko w moim umyśle, ale zawsze, lepiej śnić o czymś, niż być śnionym, rozumiesz?
Słońce już schowało się za widnokrąg, więc twarz młodego motocyklisty skryta była w półmroku. - Jenn, może taka wycieczka by ci dobrze zrobiła? - kontynuował, ale Johnson junior odpłynął zupełnie, zatopił się we własnym śnieniu i uśmiechał się delikatnie, pewnie widząc Anitrah opiekującą się młodymi.

***


Tak, moje smoki będą szkarłatne. Szkarłatne i niezbyt wielkie - jakieś 3-4 metry, żeby można było je logicznie umieścić w łańcuchu ewolucji - myślał Jenn, leżąc w łóżku. Cała ich rasa będzie panować na planecie. Będą wszystkożerne i inne zwierzęta będą czuć przed nimi respekt. Ale nie będą organizować polowań, jak ludzie. Moje smoki będą polować tylko na potrzeby swojej rodziny. Miał już w głowie prawie cały wizerunek smoków, planety, fauny i flory, brakowało tylko jakiegoś ostatecznego szlifu, czegoś, co tchnie ducha w cały ten świat. Śnić o tej planecie przychodziło mu coraz łatwiej, wyłączał się na coraz dłuższe chwile, a i spokoju miał więcej, od kiedy w jego otoczeniu zaczęły dominować postacie ubrane na biało. Mało go to obchodziło, bo widział coraz jaśniejsze światełko na końcu swojej drogi, drogi marzeń o własnym świecie. Czasu też miał ostatnio bardzo dużo i nikt nie ubliżał już mu od wariatów. Cały czas jednak dręczyło go to coś, czego brakowało w jego wyśnionym świecie, w którym pierwsze skrzypce grali N'gra i jego samica, Anitrah z dwójką młodych. Zły był tylko, kiedy musiał przerywać drzemkę na jakieś badania, posiłki i inne niepotrzebne czynności.
Więc szkarłatne... - myślał w kółko i cały czas miał świadomość, że coś mu umyka. Zrobiło się jakoś tak ciszej i ciemniej, więc podniósł wzrok, szukając tarczy zegara, o 18 był obchód, a co za tym idzie wieczorne badania i zaraz później kolacja. Z wielkim zdziwieniem odkrył, że wskazówki układają się dopiero na godzinie trzeciej. Co się dzieje? - pomyślał. Jakiś eksperyment ze światłem? I dlaczego tu tak cicho? Po chwili jednak wrócił do swojej smoczej jaskini. Wiem! Cały czas brakowało mi tu ruchu! - wydedukował odkrywczo. Ruchu i dźwięków! Zapadał w coraz głębszy sen. Już prawie stracił świadomość tego, że śni. Anitrah wsunęła łeb do komory dzieci. Spokój - pomyślała do nich, ale to nic nie dało. Małe smoki zawzięcie goniły się po ubitej ziemi próbując złapać się wzajemnie za ogony. Tato wraca! - ta myśl podziałała jak zaklęcie. Młode natychmiast uspokoiły się, świadome parzącego oddechu ojca, kiedy się denerwuje. Coś mówiło Jennowi, że powinien się obudzić, ale to było to jakieś takie dalekie, jakby szum morza, albo szelest skrzydeł ptaków, w każdym razie coś niesłychanie odległego. Młody Johnson otworzył z trudem oczy, nie przestając śnić o swoich smokach. Zdziwiło go trochę, że ściany zrobiły się półprzezroczyste, wszystko wiruje, jakby nie było grawitacji, a jego ciało przypomina bardziej kłęby pary, niż człowieka, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Resztką świadomości zanotował, że mury znikają zupełnie, robiąc się coraz bardziej eteryczne, podobnie zresztą, jak słońce, ziemia i cały wszechświat. On sam tylko osunął się głębiej w swój sen, gdzie N'gra zdążył już wrócić do domu ze zdobyczą. Jenn był zaskoczony, bo takiego zwierzęcia, jakie dziś przyniósł do gniazda szkarłatny smok, nie widział wcześniej w swoich snach i to było ostatnie, o czym pomyślał. Jego świat zniknął.

***

Srebrny smok mlasnął językiem i przewrócił się na drugi bok. Ale miałem głupi sen - pomyślał - dobrze, że się przebudziłem. Mlasnął ponownie i ponownie zapadł w drzemkę. Przyśniła mu się tym razem planeta, która cała jest pokryta wodą i nie ma na niej ani skrawka suchego lądu.

***

Szkarłatne smoki pomrukiwały lekko, zadowolone po posiłku. N'gra wypełzł przed jaskinię i wyciągnął się na niebieskiej trawie, rozkoszując się świeżym, wiosennym słońcem. Jego samica, Anitrah, przytuliła do siebie młode i zaczęła je kołysać. Po chwili już spały. Zaczęły śnić.


Inowrocław, kwiecień 2002
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A ja porzuciłem myśl o rozwinięciu tego opowiadanka - zdaje się, że zapętlania i warstw śnienia już wystarczy :)

Dziękuję za przeczytanie i komentarz :) Spodziewałem się najgorszego, boć fantastyka to przeca literatura drugiego sortu :) (tak przynajmniej przeczytałem w którymś poważnym dziele o współczesnej literaturze polskiej :D)

Pozdrawiam
Wuren
Opublikowano

Tłum zaawansowanych miłośników temu przeczy. Kultura wysoka niech się w tej materii wycmoka. Nie jestem znawcą, bo wolę cyberpunka i wariacje K.Dicka, ale łyknąłem conieco podczas roku zajęć dodatkowych. I twierdzę, że może być :)

Opublikowano

Moje najwyższe uznanie. Znakomite opowiadanie. Czy to jest fantastyka fantastyka? Chyba niezupełnie. Dla mnie jest to bliższe psychologi (może i psychiatrii), ma w sobie coś z Matrixa i nie wiem jeszcze co. Chyba jednak dobrze, żei nie rozwijałeś tematu, bo teraz stanowi naprawdę znakomitą, zamkniętą całość.

Opublikowano

Jak to że fantastyka jest literaturą z niższej półki? A Borges? A Cortazar?
Bardzo dobre opowiadanie, ma wybudowany klimat, specyficzną "senną" atomosferę, a to już dużo, jedyne co mnie drażni, to te angielsko/amerykańskie imiona. Dlaczego taka śniąca historia nie mogła by się zdarzyć jakiemuś polskiemu wariatowi?
Poza tym tytuł jest świetny, do zapamiętania. I wcale nie trzeba rozwijać, zgadzam się, że jest dobre tak, jak jest. Nawet mogłoby byc krótsze (ostatni fragment, już w szpitalu + smoki jest zdecydowanie najlepszy,początek trochę rozmyty) pozdrowienia,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wzięli kiedyś na tapetę takiego małomożliwościowego. I chcieli go uczynić ja cię kręcę dużo mogę. Ba, mogę najwięcej i najlepiej i najpełniej. I chcieli tak zrobić niewiele, bardzo niewiele mu pomagając, a wspierając tylko troszeńkę i broń cię panie boże finansowo, co notabene zakrawa na błąd logiczny. Ważną rolę miały odgrywać przeróżne bodźce motywacyjne i demotywacyjne jak najbardziej również. I była w tym zabawa, owszem była, ale to ogólnie jest wiadome, że zabawa w branży rozrywkowej figuruje jak najbardziej. Mieli w planach figuranta przerobić w figurę, z czego roześmiało się i być może nawet serdecznie chyba pół miasta, a już z całą pewnością cała okolica. Zamieszanie spowodowało kilka książek o bardzo interesującym podłożu intencyjnym, które co warto dodać w założeniu miały wcale i nigdy nie powstać. Te oto przynajmniej książki zostały napisane przez zewnętrzne okoliczności i jest w tym coś z faktu niezbitego. Książki dawały, dawały ubaw w odbiorze.     Warszawa – Stegny, 11.06.2026r.  
    • @Marek.zak1 Oj tak i zastanawia mnie czasem czy i ja nie walczę w takiej właśnie kategorii :) Pozdrawiam.
    • Jest takie miejsce, gdzie nie ma nadziei. Jeśli w nim mieszkasz to planów też nie ma. Zamknięty w bunkrze własnej przestrzeni odrzucasz piękno na oścież nieba. Jak przebić beton, jak się otworzyć? Jak spojrzeć słońcu twarzą w twarz - dumnie. Jak zacząć ufać, jak się nie korzyć, gdy klucz do wyjścia złamał się we mnie.    
    • @Leszek Piotr Laskowski Napisz coś w formie wiersza, może będzie łatwiej. Dzięki za wpis. Pozdrawiam. @Waldemar_Talar_Talar Zobaczymy, albo nie, jak piszesz. Pozdrawiam. 
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Aleksandria (Akurat w Bizancji) Nagle noc stała się zimniejsza. Bóg miłości do odejścia gotuje się; Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza, Gdy prześlizgują się między strażnikami serc. Karmiąc się jedynie prostotą czaru, Wychodzą w światło, w bezkształt się splatają w śnie mym I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę, Wstępują w tłum głosów i win. To nie żaden trik, to zmysły cię zawodzą, Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak – Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi, Zażegnaj ból, że Aleksandry brak. Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach, Choć co dzień pocałunkiem budzi cię, Nie mów, że chwilę tę sobie wyobraziła, Nie uciekaj się do wymówki tej. Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję, Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz. Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem, Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz. A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór, I dzięki temu odzyskałeś honor swój – Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność, Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg. Chociaż spała na twej pościeli ruinach, Choć co dzień pocałunkiem budziła cię, Nie mów, że tę chwilę sobie uroiła, Nie zniżaj się do wymówki złej. Tak długo szykowałeś się na tę okoliczność, Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu. Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie, Twe pierwsze śluby znów namacalne, tu. Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie – Zawsze byłeś kapitanem planów, co rozbiły się w pył – Więc nie uciekaj w tanie „tak, ale”, Co „dlaczego” i „więc” zakłóca rytm. Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie; Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch – Więc nie bądź jak ci z liniowca Titanic Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o „jak” i „bo”. A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens, któremu kod złamano, przekreślono krzyż – Zażegnać już teraz nie możesz nic, więc – Przeżegnaj się, bo Aleksandra martwa jest. Noc staje się coraz zimniejsza. Bóg miłości odszedł do pieleszy swych, Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza: Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki – Στυξ ------------------------------ ## Ich atme Gesang Sprawiasz, że śpiewam By zapomnieć świata pleśń Sprawiasz, że śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu Z mego marnego kopczyka sław Wciąż śpiewam, śpiewam ci Nawet jeśli przeminął świat Sprawiasz, że śpiewam – Śpiewam tę samą pieśń od stu lat Sprawiasz, że śpiewam - Alleluja, mój jedyny hymn Sprawiasz, że śpiewam Jak więzień swój ostatni Rym To dzięki tobie śpiewam – Nawet gdy wieści złe, I ciągle śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Sprawiasz, że śpiewam Odkąd rzeka umarła mi... Sprawiasz, że śpiewam, By zapomnieć na parę chwil Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci! Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore, Alleluja, mój jedyny hymn Fac me hymnum tuum canere W tej Wieży Pieśni, tym więzieniu mym... Dajesz mi śpiew, więc śpiewam, Choć się skończył świat – Życie to śpiew, i śpiewam wam; Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat Wciąż śpiewam, śpiewam ci Choć pełen dziur ten świat Noszę dumnie głos swój pełen łat Wciąż śpiewam, śpiewam ci, Choć mi prawie wiek pękł – Wnoszę dumnie swój głos pełen łat Na jedno z niższych Wieży piętr A ty – dajesz mi śpiewać, śpiewać mi Śpiewać ci... Ich atme Gesang – Für Dich. ------------------------------ ## Canto I (Alleluja) Słyszałem, że był taki sekretny akord, co go Dawid grał, I cieszył się Pan, i w głos się śmiał Ale dla ciebie muzyka to jak nic. Tylko zgaduję... To idzie tak: kwarta, kwinta [chór], Zapaść w mol, uniesienie w dur Zagubiony król komponuje swoje „Alleluja”... [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 2] Może miałaś wiary moc, lecz tylko Tomasz mógł przekonać cię, Zobaczyłaś, jak w słońcu kąpie członki wszystkie swe Jego piękno i księżyca blask w trans się sublimują... Przywiązał cię do krzesła tam, gdzie stoisz ty, Połamał ci tron, kłaki wyrwał ci A z Twoich ust wyrwał umęczone Alleluja [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 3] Mówisz, że splugawiłem imię Twe, Ja nawet przecież nie wiem, z czym je się je, A nawet jeśli wiem, to co cię tak denerwuje? W każdym Słowie jest Światła blask, Nawet jeśli śpiewano w ten czarny czas Nie Przeczyste, ale pokalane Alleluja... [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Zwrotka 4] Robiłem, co mogłem, lecz nie ukończyła mi się żadna rzecz Nie czułem nic, więc chciałem dotknąć jądra treść Prawdę mówię, nic nie konfabuluję... I chociaż wszystko na opak wyszło mi, Stanę z czołem otwartym przed Panem pieśni, i Język mój będzie śpiewać tylko: Alleluja! [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Outro] Alleluja, Alleluja Kochanie moje, ja już byłam tu, Ten pokój znam. Tu kładłam się do snu. Kiedyś byłam sama, jak trzeba, znów spróbuję... Widziałam Twój sztandar tam, gdzie Zwycięstwa Łuk Miłość to nie marsz chwały, lecz walka z wiatrakami złud, To zimne, zesztywniałe, strzaskane Alleluja Był czas, kiedy dawałaś mi znać Co tak naprawdę dzieje się w ciemnym gąszczu spraw, Lecz teraz mi już nic nie pokazujesz... Czy pamiętasz – kiedy jak klacz dosiadłem cię, Świętej Gołębicy też dał się słyszeć śpiew, A każdy nasz oddech był jak Alleluja! Może jest Bóg, tam na górze gdzieś, Ale miłość tylko jednej rzeczy nauczyła mnie – Strzelać do każdego, kto cię dubluje... I to, co słyszysz co noc, to nie miłosny spazm, Nie ktoś, kto nagle ujrzał światła blask – To skalane, sponiewierane, unicestwione Alleluja... ירומם, יתקדש שמך יישלל מכבודו, יעונה לצורה אנושית זו למרות שמיliion נרות dólują אין נחמה בשעת הרעה האם אתה רוצה שהיא תהיה חשוכה יותר? השטן אומר... אני מברך אותך! ------------------------------ ## Niegrzeczny żołnierzyk Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, wisi już na włosku cienkim jak drut „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl nieco staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego ócz (ucz się, ucz...) „Nigdy nie zobaczę twarzy jak twój nos, przez świetlne lata gości, co tu nie zagościli wciąż. I nigdy więcej, jak, o taki, gnat w zapasy siłuje się albo w miłość zieloną gra”. I wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi jednym haustem wypił czas. Teraz, Pan tego krajobrazu, stał tak, żeby widok mieć Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał pieć (bez względu na wróbla płeć). Skinęła na strażnika, co na straży stał jego pobożnej inklinacji. I Powiedziała: „Zrobię ci rozkrok tam, gdzie akurat mam krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować jej orgię w holu, gdzie lustra ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc Zorientowała się na jego orientalizujący umysłu stan I alibi, co ma kształt jądr orgiastycznych pomroków, co kryją jego styl ponad stan (choć on nie ma tajemnic dlań) Przeprojektowała plan na jego Madonnę (brudny blond) i zbiory vintage'owo niewinnych win (nie dla pań!) „Ten monumentalnie mentalny Neverland jest zajmowany i przeze mnie cum mnie i mój klan”. Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie przystanek kończy bieg, Powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nigdy nie wróci”. Nie Zabrała jego tawerniany parlament, czapkę, zarozumiały taniec (nie zrozumiesz mnie) Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk (bierze głodem mój sen). Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się (twardego gościa) grać twardo o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Podaje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wcielenie (Ino po kolana). No! Więc wielka sprawa (na lewo) doczłapała (ledwo) do (niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że pozostawi nas wszystkich tak pustymi i pustynnie niewzruszonymi, i lecz To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę (mlecz na miecz). Chyba jedziesz za pół darmo, jeśli naprawdę chcesz tak daleko (tak uprzejmie) posunąć się. To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo na innej z gwiazd byle gdzie, Chyba, że lecisz za darmochę, jeżeli chociaż trochę tak daleko mnie odsunąć chcesz, Jak bez wizy wizyta na którymś z Księżyców Księżyca, albo na jakiejś innej z rozgwiazd gwiazd, Chyba, że idziesz za darmo, lecz wtedy idziesz na marno, Trochę, a daleko (tylko dzięki lekom) Mnie posunąć, wsunąć chcesz w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi sunąć w deszcz. Jak z Księżyców, Albo Rozgwiazd, Chyba, lecz, Daleko, Deszcz. ------------------------------ Dobry piesek Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, Wisiał już na włosku cienkim jak drut... „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego stóp. „Nigdy nie zobaczę twarzy takiej, jak wizerunek twój, Przez świetlne lata gości, co nie zagościli tu wciąż. I nigdy więcej, jak robi w zapasy albo w miłość gra”. Lecz wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust... Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi wypił czas. A, Pan tego krajobrazu stał tak, żeby widok mieć... Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał piać, a ty Skinęłaś na strażnika, co na straży stał jego inklinacji. I Powiedziałaś: „Zrobię ci rozkrok w krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować orgię w holu, gdzie lustr ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon... Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc, Zorientowała się na jego orientalny umysłu stan, I alibi, co ma kształt jądr mroku, co kryją jego styl ponad stan... Przeprojektowała plan na jego Madonnę koloru blond I vintage'owe wins (nie dla pań!) „Ten mentalny Neverland jest zajmowany przeze mnie i mój klan”... Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie życie kończy bieg, A ona powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nie wróci”. O, nie... Zabrała jego z tawerny parlament, czapkę, zarozumiały taniec (Nie pytaj mnie), Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk... Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się twardo grać o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Wynajmuje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wniebowstąpienie. No! Więc cała wielka sprawa doczłapała do (Niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że Zostawi w nas tak pustkę i niewzruszenie, lecz... To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę, chyba, że Lecisz za darmo, jeśli naprawdę chcesz Tak daleko posunąć się.... To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo w innym byle gdzie, Trochę, a daleko (a Kosmos wiernie czeka) Tak sunąć, wsunąć w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi tak sunąć w deszcz. Zajść (W: tak daleko) W hotelu tym ściany cienkie są jak drut, Wczoraj w nocy słyszałam, jak mu dyszysz jak z nut, Walka z usta do ust, członek w członków wpust Jęk wcielenia ciał, gdy doszedł do nieba wrót... Stoję tam, w ścianę ucho wlepione mam Zazdrość opuściła mnie, jestem sam, Wręcz przeciwnie, ciężar mi z duszy zsiadł, Karawana jedzie sama tam, Gdzie miłość spod kontroli się wymknęła nam... Brzemię spędziłem z mej duszy, brzemiennej w ból, Miłość w tym filmie klasy X nie gra żadnej z ról, Słucham waszych pocałunków, biorę je na hol, Nigdy wcześniej świat nie zostawił tylu pustych pól.. Odkręcasz kran i wpadasz w śpiew jak w dym, Czuję się tak dobrze, że nie czuję nic I słucham tak z uchem przy wartkim przepierzeniu... To nasz hymn .. I tak ci chcę powiedzieć, rym nie rym... Ciągle czekam, aż zagrasz rolę, którą pisze Sartre, Jesteś Nagim Aniołem mych tarota kart Uda twe rozpostarte, jak z Mozarta Requiem żart A na ścianach tej rudery napisano tak: Do nieba pójdziesz, gdy przemierzysz piekła szlak Ciężarny głaz z serca z hukiem spadł Mówią, że miłości sterowności brak W hotelu tym ściany cienkie są jak dym... W hotelu tym ściany wątłe są jak rytm w sercu twym... W burdelu tym ściany są wąskie jak dziura w sercu mym... W burdelu tym ściany są przepastne jak pustka w sercu twym. Jak tango massacre [Wstęp] [Zwrotka 1] Widziałem ludzi, których trawił głód, Wdycham mordy, gwałty, i śmierć Ich wioski wieczny ogień zmógł, Chcieli uciekać, lecz uciekać nie było gdzie. Nie mogłem nawet spojrzeć im w twarz W ziemię słoną tylko wlepiłem wzrok To było jakby solny kwas prosto w twarz ci rzucił ktoś, Prawie jak słodki bluesa takt, Jak gorzki chandry smak. [Zwrotka 2] Muszę wsypać śmierci krztę, Tam, gdzie kluje się mordercza myśl, A kiedy myśleć nie będę chciał chcieć, Będę umierać w myśli rytm, ten siódmy zmysł Widzę tortury, dotykam porwań, słyszę śmierć, Czytam recenzje - wszystkie złe Bomby, zaginionych dzieci drobna dłoń, Boże, to prawie jak bluesa cień Prawie jak smutków woń. [Zwrotka 3] Więc zimie pozwalam serca ściąć mróz By lejce tej gangrenie spiąć, Mój ojciec mówi, żem wybrany lud, A matka, że ależ skąd, Słuchałem opowieści ich, o tym, jak dobry Bóg..., Był hojny Cygan i skąpy Żyd, Były całkiem dobre, nie umierałem z nud, Był prawie jak dymny blues, Prawie jak chandry chłód. [Zwrotka 4] W niebie nie istnieje dobry Bóg, I piekła pod nami nie ma też, Tako rzecze Profesor, wzór wszystkich cnót, Co dosiadł jądra wszystkich tez. Ale oficjalnie zaproszono mnie, A grzesznik nie może mu zadać kłam, To prawie jak zbawienie wcielone we śnie, Prawie jak bluesa ciemny sen, Jak smutków biedny kram Prawie blues... (Jak Toulouse). [Outro] Obława (W Wietnamie)  [Zwrotka 1] Wojna bogatych z biednymi w najlepsze trwa, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót jest Wojna między tymi, co mówią, że dobrze się ma, A tymi, którzy piszą, że wcale nie... [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w nią... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Zwrotka 2] No cóż, mam kobietę i dziecko mam, Nieco mnie denerwuje ten gest Wyrywam się z jej ramion, a ona do mnie tak: „Choćbyś tę różę miłością zwał, To po prostu służba ideałom jest” [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Nie bądź pasażerem na gapę, Czemu nie idziesz na wojnę? To nie spacer, Czemu nie na wojnę? W domu dziecko płacze... [Zwrotka 3] Nie możesz znieść tego, kim uczynił mnie los, Wolisz dżentelmena, który odszedł bez słów, Bo łatwo było go wziąć na smycz, zadać mu cios, Nawet nie wiedziałem, że jest wojna znów... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? To żaden wstyd, Czemu nie na wojnę? Wciąż możesz dać obrączkę mi... [Zwrotka 4] Wojna bogatych z biednymi jest jak nachalny wtręt, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót, sam nie wiem, kto z kim... Trwa wojna: w lewo, czy w prawo skręt? Wojna w czarno-biały film, W: nierówno pod sufitem i do równości (wstęp..) [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w to... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Weź swoje lekkie jarzmo, Czemu nie wracasz na wojnę? Hart ducha tu wykażmy, Czemu nie na wojnę? Przecież mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na wojnę? Nieś swoje jarzmo, Czemu nie na wojnie? Hart wykażmy, Czemu nie? Mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na? Nieś, Czemu nie? Hart, Czemu? Wyraźnie. Wojna bogatych - nachalny wtręt, Mężczyzny, nie wiem, kto z kim... Trwa wojna, w prawo skręt Wojna w czarny film, W: nierówno pod sufitem (wstęp..) Wojna - wtręt, Mężczyzny, kto z kim... Trwa skręt Wojna w film, W: nierówność (wstęp..) (wstęp..) film wkręt mężczyzny... Wstręt.   @Michał Pawica5Oto propozycja literackiego wstępu napisanego w stylu Jean Paula (Jean Paula Friedricha Richtera) – wybitnego niemieckiego pisarza epoki przełomu klasyzmu i romantyzmu, mistrza ironii, groteski, humoru melancholijnego oraz kosmicznych wizji sennych (to on stworzył słynną poezję nihilizmu, m.in. mowę umarłego Chrystusa o tym, że Boga nie ma). Ten wstęp idealnie łączy Twoje motywy: podglądanie przez ścianę w hotelu, upadek wielkich planów, cyniczną wojnę i ucieczkę w nieskończoność kosmosu. ------------------------------ ## Przedmowa i Proroctwo Szalonego Kantora autorstwa Jean Paula Mój łaskawy, ziemski Czytelniku! Kto choć raz nie przyłożył ucha do wątłego przepierzenia tego wielkiego, kosmicznego burdelu, który dla niepoznaki nazywamy Światem, ten nie wie nic o muzyce sfer. Przez dziurkę od klucza podglądamy tam wieczność, a przez cienkie jak drut ściany naszych śmiertelnych hoteli słuchamy, jak miłość – ta wieczna, święta klacz – galopuje prosto w objęcia nicości, dysząc nam prosto w twarz ponurym rytmem klas X. Oto kronika naszych kapitańskich planów, które od dawna pisane były na dno, nim jeszcze jakikolwiek Titanic zdołał w ogóle podnieść kotwicę. Jesteśmy tylko zbiegami z tonących liniowców, ukrytymi w mrocznych gąszczach naszych własnych neuroz, uciekającymi przed potężnym prawem kobiety, która z dumnym uśmiechem i metalową szpatułką w dłoni urządza nam lekcję tęsknoty. Każdy z nas, twardych żołnierzyków, prędzej czy później klęka w cieniu jej stóp, patrząc, jak dymiący odbyt historii połyka nasze cnoty i ordery. Nie bój się tego śpiewu, choćby świat miał się zaraz skończyć! Nawet jeśli Profesorowie dosiedli już wszystkich tez, a z jądra prawdy pozostał tylko bluesowy kram, my wciąż wznosimy nasz głos pełen łat na najniższe piętra Wieży Pieśni. Wojna bogatych z biednymi, wojna mężczyzny z kobietą – to tylko nachalny wtręt w ten czarno-biały film, z którego na końcu, po wielkim i strzaskanym Alleluja, pozostanie jedynie minimalistyczna kropla. Wejdź więc z butami w to tango, zrzuć z duszy brzemienny ból i leć za darmochę na któryś z Księżyców Księżyca. Kosmos wiernie czeka. Płacz, śmiej się i sunij... prosto w deszcz. ------------------------------    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...