Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dotknąłem ramienia Asherotha. Odwrócił się ku mnie.
– Tak?
– Jakie mamy szanse, panie mecenasie?
– Prawdę mówiąc, nieduże. Oskarżycielem w pańskiej sprawie jest Konstantin Siemionowicz Rudkin. Z tym draniem ciężko jest wygrać.
– Co to za jeden?
– Mówię przecież. Oskarżyciel Publiczny.
– To już wiem. Ale kim był kiedyś, kiedy jeszcze…no…
– …kiedy jeszcze żył? Był prawą ręką i lewa dupą towarzysza Lenina. Skład sędziowski też nie jest dla pana optymalnie dobrany: sędzią głównym jest rehabilitowana doktor bezprawia – Ailatan, profesor cyrografii praktycznej Uniwersytetu imienia Belzebuba w Damaszku. Sędziami liniowymi są: magister sztuk tajemnych J.J Kohl i Robertus Cannibalus – mistrz sztuk katowskich, a zarazem były rektor Akademii Katowskiej w Bieczu. Delegatem – obserwatorem (z doradczym prawem głosu) z ramienia PFSO jest Wielki Akwizytor, Ramon d’Aquilaporta-Elpeer.
– A co to takiego, to PFSO?
– Piekielna Federacja Sądów Ostatecznych. W wolnej chwili poinformuję pana o składzie przyzby krzywoprzysięgłych, ale i tu nie ma powodu do zadowolenia.
– Dziękuję. Wlał pan we mnie trochę otuchy. Serdeczne dzięki – ironizowałem.
– Niech pan nie wpada jednak w minorowy nastrój. Przyjmujemy następującą linię obrony: zwalamy wszystko na błędy pańskiego katolickiego wychowania. Jest pan katolikiem?
– Tak, jakby. Trochę...
– Dobrze. Znajomości pacierza sprawdzać nie będą.
– No, to mi ulżyło.
Naszą rozmowę przerwał głośny okrzyk jakiegoś obwiesia w mundurze SS-mana.
– Na pyski! Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł – Lucyfer.
Cały motłoch, z moim adwokatem włącznie padł na twarze. Ja usiłując się pochylić walnąłem czołem w pręty mojej klatki, aż poczułem, że zaczynają mi rosnąć rogi, więc się na powrót wyprostowałem. Uchyliła się klapa w podłodze podestu znajdującego się po przeciwległej stronie hali i z otworu, na ruchomej platformie zaczęła się wysuwać budząca grozę postać Księcia Ciemności. Nie wiem, czy tu, u nich właśnie nadchodziła zima, czy wiosna, ale nawet z tej odległości zauważyłem, że linieje. Ale, może – po prostu ze starości... Powoli przeszedł kilka kroków i zajął miejsce na przeznaczonym dlań tronie. Zgromadzeni podnieśli się i chórem wyskandowali: Antychrist bless the Prince.
Ja natomiast postanowiłem pójść na całość i, kiedy umilkł gwar diabelskich głosów zawołałem:
– Cześć Lucek! Jak się masz?
Lucyfer zazgrzytał zębami, zaryczał straszliwie i wyrwawszy widły z rąk jednego z gwardzistów (jak potem się dowiedziałem – szwabskich) cisnął nimi w moją stronę. Widły w jakiś niepojęty sposób prześliznęły się pomiędzy prętami klatki, chybiły jednak celu – strąciły jedynie cylinder z głowy jednego z bliźniaków. Dojrzałem na niej dodatkową parę – dla odmiany – jelenich rogów. Gawiedź wybuchła gromkim śmiechem, a ja nie mogłem sobie darować odrobiny szyderstwa i, trącając go w bok, rzekłem:
– Ty, jednojajowiec! Te rogi, to jeszcze z ziemi, czy dopiero tutaj przyprawiła ci je twoja ukochana?
– Czekaj no ty! Tylko wyjdziemy z sądu, to tak ci dam popalić, że mnie na całą wieczność zapamiętasz.
– Nie strasz. Przy twoim ptasim móżdżku, za pięć minut zapomnisz o wszystkim. A propos, masz może co zapalić?
Pogrzebał w kieszeni portek i wyjął z niej duże pudło pełne skrętów.
– Masz, jaraj. Może ci zaszkodzą...
– Zaszkodzą? – zarechotałem. – Przez całe życie mi nie szkodziły, a teraz, gdy już nie żyję miałyby mi zaszkodzić. Puknij się w ten swój pusty łeb, to może kolejna para rogów ci wyrośnie.
Zwróciłem teraz wzrok w kierunku, stołu, za którym zasiadał skład sędziowski. Środkowe miejsce zajmowała diablica ze szczątkowymi śladami przekwitłej przed setkami lat urody. Na oczach miała dwie pary okularów, a z jej szyi zwisał łańcuch, jakim zwykło się przywiązywać krowy. Na końcu łańcucha był przymocowany, wykonany z jakiegoś dziwnego lśniącego luminescencyjnym światłem, przypominającym blask starego, czarno – białego telewizora wisior, w kształcie pentagramu. Na głowie miała spiczasty kapelusz czarownic, przyozdobiony cekinami, sowim piórem oraz rozpostartymi skrzydłami nietoperza. Między zębami trzymała wielką fajkę, kopcąc z niej niemiłosiernie. Aż na mój koniec sali dochodził smród marychy. Jej dwaj pomagierzy wyglądali, jakby dopiero co wyleźli ze śmietników, w których poszukiwali czegoś mocno nadpsutego do zeżarcia. Asheroth objaśnił mnie szeptem, że mały, to J.J.Kohl, a wielki – Robertus Cannibalus. Spojrzałem jeszcze w kierunku oskarżyciela – elegancki wymuskany, pod krawacikiem, ale w jego ślepiach dostrzegłem błyskawice, mordę zaś wykrzywiał ironiczny uśmiech – o ile ten grymas w ogóle można by określić mianem uśmiechu. Chyba jako jedyny spośród obecnych na sali nic nie palił, co chwilę natomiast demonstracyjnie rozpylał z ciśnieniowego pojemnika wokół siebie chmurkę jakiejś substancji.
– Odświeżacz powietrza o zapachu krowiego łajna – zwrócił się do mnie Asheroth.
Sędzina uderzyła młotem w stół.
– Zamknąć mordy! Głos ma prokurator.
Rudkin wstał ze swojego miejsca, wysmarkał się na podłogę i rozpoczął swoją przemowę:
– Pierdolony trybunale i ty, ochujała przyzbo krzywo przysięgłych...
W oczach sędziów i dwunastu gniewnych diabłów dostrzegłem wyraz uznania.
– No widzi pan – zwrócił się do mnie Asheroth – od razu uzyskał przewagę. Trudno mi będzie wymyślić bardziej efektowne wejście. Może pan ma jakiś pomysł?
– Coś pokombinuję.
– ...celem niniejszego posiedzenia trybunału – kontynuował oskarżyciel – jest osądzenie i skazanie tego marnego oszusta, którego widzicie siedzącego w naszym Homoo...
Przestałem słuchać. Zacząłem analizować całe swoje życie. Jaki właściwie byłem? Na co swoim postępowaniem zasłużyłem? Z zamyślenia wyrwał mnie głos Asherotha.
– Człowieku, ważą się twoje losy, a ty śpisz!?
– Nie, nie śpię, tylko rozmyślam.
– Wychodzi pan za kaucją.
– Kaucja? Ale ja przecież nie mam ani grosza.
– Nie ma sprawy. Założę za ciebie – nieoczekiwanie przeszedł na „ty”.
– Dużo?
– Milion hellarów, to w przeliczeniu na ziemskie pieniądze, około sześćset sześćdziesiąt sześć tysięcy dolarów amerykańskich.
– To kupa forsy! Skąd pan weźmie tyle kasy?
– Człowieku, czy ty masz pojęcie ilu fałszerzy siedzi u nas? Z nudów, nieustannie produkują fałszywki w dowolnej walucie.
– I co, sąd przyjmie kaucję w lewej forsie?
– Oczywiście, że przyjmie. Tutaj wszystko jest diabła warte.
Nabierałem coraz większego szacunku do tego człowieka. Tfu... – diabła.
– Przepraszam, panie mecenasie. Gdzie pan studiował prawo, jeśli wolno mi zapytać?
– W Uniwersytecie imienia Zaułka Łgarza.
– Nie słyszałem, ale to chyba musi być piekielnie dobra uczelnia...
– Najlepsza.
– Padać na pyski! – rozległ się głos woźnego – Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł wychodzi.
Rytuał z początku rozprawy powtórzył się, tyle że w odwrotnej kolejności. Ja jednak postanowiłem się nie podporządkować.
– Do zoba, Lucek!
Tym razem się nie zdenerwował, a nawet uniósł nieznacznie lewą rękę na pożegnanie, czego oczywiście wszystkie diabły trzymające mordy przytulone do posadzki nie mogły zauważyć. Po chwili sala zaczęła się opróżniać. Mój adwokat chwycił teczkę.
– No to nara, panie Leszku – wrócił do formy „pan”.
– Zaraz, zaraz. Mówił pan, że wychodzę za kaucją!
– Niech pan nie będzie taki w gorącej smole kąpany. Muszę najpierw wpłacić kaucję. Za jakąś godzinkę będzie pan wolny.
– No to w porządku. Czekam.
Rzeczywiście, po mniej więcej godzinie Asheroth przyszedł z nadzorcą, który otworzył klatkę, wypuszczając z niej mnie, wraz z Borutą i Rokitą. Moi diabli-stróże pożegnali się dosyć serdecznie, życząc pomyślności. A nie mówiłem, że szybko zapomną?
– Panie Leszku, – powiedział Asheroth – ma pan tutaj adres hotelu i trochę gotówki. Jutro o dziesiątej proszę przyjść na dalszy ciąg rozprawy. Będzie pan siedział obok mnie. Wręczył mi zwitek banknotów i chciał odejść. Aha, niech pan koniecznie kupi jakieś ubranie – przecież nie będzie pan przez cały proces występował w piżamie.
Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie jestem odpowiednio ubrany. Całe szczęście, że nie sypiam nago...
– Fałszywe? – zapytałem, trzymając w garści pieniądze.
– Coś pan? Tam fałszywek nie biorą.
– Dziękuję, panie mecenasie. Będę pana dozgonnym dłużnikiem.
– Dozgonnym?... – uśmiechnął się jakoś dziwnie i odszedł.
Wyszedłem przed halę sądu.
Przed bramą stał jakiś diabeł w mundurze, więc zapytałem go o drogę do hotelu.
– Zapomniałem – odrzekł. – Ale mogę sobie przypomnieć... – spojrzał na mnie wyczekująco.
– Ile kosztuje twoja pamięć?
– Jak od ciebie... – otaksował mnie spojrzeniem – pięć hellarów.
Wręczyłem mu piątaka, po czym uzyskałem dokładną informację, jak mam tam trafić. Udałem się więc we wskazanym kierunku i po chwili znalazłem się na ruchliwej ulicy. Kręciło się na niej mnóstwo diabłów i diablic – wszyscy pijani, lub na chaju. Awantury i bijatyki trwały na każdym prawie rogu. Wtedy ujrzałem tych dwoje: stali trzymając się za ręce i wymieniając pocałunki. Nagle rozległ się głos syreny i po chwili do kochanków podjechała cysterna z migającymi na czerwono kogutami. Z kabiny wyskoczyło trzech mundurowych, w pasiastych krawatach Samoochrony, którzy natychmiast spałowali zakochaną parkę, po czym wrzucili ich do cysterny. Jeden z łapsów podszedł do mnie.
– Dokumenty!
– Nie mam.
– A, to w porządku.
– Jak to, w porządku? – zdziwiłem się. – A gdybym miał dokumenty, to nie byłoby w porządku?
– Widać, że jesteś tu nowy. Oczywiście, że nie. Tutaj nikt nie ma dokumentów. Tylko szpiedzy stamtąd – wskazał kciukiem w górę – mają. Fałszywe, oczywiście. Czyli ktoś, kto ma dokumenty jest szpiegiem.
– Jak to, szpiegują was? Po jakiego czorta?
– No, wiesz, tam bez przerwy wybuchają jakieś rebelie. Anioły ciągle narzekają na nudy i na nienadążanie za trendami mody. Wkurza ich ponadto nieustanne śpiewanie, granie na harfie, a brzmiący cymbał doprowadza ich do anielskiej białej gorączki. Ich szefostwo postanowiło przeprowadzić gruntowną modernizację systemu, ale nie potrafią nic wymyślić, usiłują więc wykraść nasze know-how. Pełno tych szpiegów teraz odsiaduje w naszych więzieniach. I, wyobraź sobie, nawet specjalnie nie narzekają. No, to trzymaj się. Życzę ci przesranej nocy.
Załapałem styl i odrzekłem.
– Ciebie niech też szlag trafi, głupi popierdoleńcu.
Samoochroniarz zasalutował i wsiadł do szoferki. Cysterna odjechała, a ja zacząłem rozglądać się za jakimś sklepem.

cdn
Pierwszą część można przeczytać w dziale "Z"

Opublikowano

Miejscami brakuje myślinków przy dialogach, ale poza tym świetne. Niektóre teksty powalają ze śmiechu. Poprawiłeś mi humora. Piekielnie dobra robota.
Pozdrawiam i czekam na jeszcze :)

Ja się jeszcze dołożę co do tych myslników:

-Nie strasz. Przy twoim ptasim móżdżku, za pięć minut zapomnisz o wszystkim. A propos, masz może co zapalić? Pogrzebał w kieszeni portek i wyjął z niej duże pudło pełne skrętów.

-No to nara, panie Leszku- wrócił do formy "pan".
Zaraz, zaraz. Mówił pan, że wychodzę za kaucją!
Niech pan nie będzie taki w gorącej smole kąpany. Muszę najpierw wpłacić kaucję. Za jakąś godzinkę będzie pan wolny.
No to w porzo. Czekam.


-Zapomniałem- odrzekł.- Ale mogę sobie przypomnieć...- spojrzał na mnie wyczekująco. -Ile kosztuje twoja pamięć?

Opublikowano

ten fr:
-Panie Leszku- powiedział Asheroth- ma pan tutaj adres hotelu i trochę gotówki. Jutro o dziesiątej proszę przyjść na dalszy ciąg rozprawy. Będzie pan siedział obok mnie. Wręczył mi zwitek banknotów i chciał odejść. Aha, niech pan koniecznie kupi jakieś ubranie- przecież nie będzie pan przez cały proces występował w piżamie. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie jestem odpowiednio ubrany. Całe szczęście, że nie sypiam nago...

Opublikowano

Czy Ty zaglądasz mi do kartek? No, bo właśnie ja też szwendam się po niebie i piekle. Z nieba już jest na forum, a drugie "Święty Dem" dopiero będzie. Tam trochę pomieszane, bo i tu i tam. Tak, Twoje piekło jak negatyw nieba. Dobre, pomysłowe. Pozdrawiam.

Opublikowano

diabelnie dobre, choć brakuje mi zapachu asfaltu, ewentualnie lepiku /smoła już dawno wyszła z użycia, wiem coś o tym, to moja branża/
osobiście jestem zmieszana -trochę diaboliczna
boską myślą uskrzydlona -mówię szeptem, może gdzieś się wkręcę
może na granicy prawa, a nawet na linii obrony
/i odleciała bosko trzepocząc rzęsami
diabolicznym chichotem naznaczyła linię ognia/

Opublikowano

dialogi jakby na wspak - i to mi sie podoba, widziec swiat jakby od drugiej strony, to nawet nie jest zło! i ty w pizamie na ławie oskarzonych. pomysł mi sie bardzo podoba!
pozdrawiam

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...