Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

6

W dosyć obskurnym mieszkaniu złożonym z dużego, od dawna zapewne nie sprzątanego pokoju, oraz wnęki kuchennej w milczeniu siedziało, lub leżało na porozstawianych pod ścianami kanapach i tapczanach pięciu młodych mężczyzn. Rozległo się pukanie do drzwi. Jeden z nich otworzył, wpuszczając do mieszkania eleganckiego, choć lekko otyłego mężczyznę w średnim wieku.
– Ciao ragazzi! Dobrze się dzisiaj spisaliście. Mówili o nas w telewizji. Myślę, że należy się wam kilka dni wakacji nad morzem –wyjął z kieszeni marynarki portfel –macie tu na drobne wydatki. Aha, Gino, muszę ci powiedzieć, że zachowałeś się jak kretyn.
– Ja? Kiedy?
– Przed chwilą otworzyłeś drzwi, nie sprawdzając, kto za nimi stoi.
– Przepraszam szefie, ale przecież wiedzieliśmy, że pan ma przyjść
Szef wręczył każdemu z nich po kilka banknotów.
– Szefie – odezwał się Gino – czy może nam pan wyjaśnić, jaki właściwie sens ma ta nasza robota? Przecież cierpią niewinni ludzie...
– Przestań zachowywać się, jak miłosierny Samarytanin. Pamiętaj, że jesteś żołnierzem i jako żołnierz masz wykonywać rozkazy swego dowódcy, czyli mnie. Ja zresztą również wykonuję rozkazy centrali. A poza tym, czy jesteś absolutnie pewien, że ci ludzie są tak całkowicie bez skazy? Nie ma niewinnych ludzi, tylko niektórym jeszcze winy nie udowodniono.
– No... nie jestem.
– No to trzymajcie się chłopcy. – Powiedział szef chwytając za klamkę – Tino, pamiętaj, że masz codziennie dzwonić. Kiedy będziecie potrzebni, macie natychmiast wracać.
– Tak jest, szefie.
– Mario, wyjdź ze mną na chwilę.
Mężczyzna nazwany Mariem uniósł się z tapczanu i posłusznie wyszedł, zaś Tino zamknął drzwi na zasuwę.
Szef i Mario zeszli na parter brudną i odrapaną klatką schodową. Zatrzymali się w cuchnącej moczem i kotami bramie. Zapalili papierosy, po czym wyszli na ulicę i podeszli do zaparkowanego nieopodal samochodu. Szef zajął miejsce za kierownicą i gestem dłoni nakazał zająć Mariowi miejsce pasażera.
– Słuchaj Mario, coś mi się wydaje, że ten smarkacz, Gino zaczyna pękać. Obserwuj go uważnie, bo może nas sypnąć. Wiesz dobrze, co w razie wpadki czeka nas wszystkich, a zwłaszcza ciebie - wykonał charakterystyczny gest dłonią w poprzek szyi.
– Niech się pan nie martwi. Będę go miał na oku, a w razie czego, załatwię go, jak kurczaka. Pętak!

7

W tym samym czasie Gino odwrócił się od drzwi i stanął przy oknie.
– Jak myślicie chłopcy, czy ta cała centrala naprawdę istnieje? Bo coś mi się wydaje, że to jest wielka lipa, a całe nasze Amarantowe Legiony, to nasza piątka, plus szef.
– Co cię to obchodzi?– odpowiedział Tino –Robisz to, na co miałeś ochotę. Nie?
– Taak... miałem ochotę... dobre sobie. A co miałem robić? Jak już wyszedłem z tych parszywych komandosów, to nigdzie nie mogłem się załapać do roboty. No to niby z czego miałem żyć? Obrobiłem paru facetów... raz mnie nakryli, to dostałem rok. A jak mnie wypuścili, dalej nie było pracy, więc znowu zacząłem kombinować. Ale jeden facet chciał pokazać, jaki z niego chojrak i zaczął wymachiwać giwerą, więc...
– Więc co? – zapytał Tino.
– Nic. – Gino zwalił się na swój tapczan – Faceta już nie ma. A pistolet mam ja. Banalna historia, nieprawdaż?
– Bo ja wiem...
– A ty jak się tu znalazłeś? Czy to prawda, że uczyłeś się na doktora?
– Prawda. Właśnie zdałem ostatni egzamin. Teraz miałbym pewnie własny gabinet i kupę szmalu, ale po pijanemu zabiłem dziewczynę. Oblewałem z kumplami egzamin... Film mi się urwał, a jak się ocknąłem siedziałem za kierownicą, a pod kołami leżała ta dziewczyna. Przestraszyłem się i nawiałem. Ukrywałem się trochę tu, trochę tam, aż w końcu trafiłem do was. To wszystko.
– A ty, Drucik – Gino wykazał się niezwykłą dociekliwością.
– Ja?... Jak wiecie jestem technikiem elektronikiem. Bardzo lubiłem swoją robotę, ale pewnego pięknego poranka znalazłem się na bruku. Szef był straszną kanalią, ale miał fajną córkę. Nie podobało mu się, że dziewczyna czasami robi do mnie słodkie oczy, więc mnie wywalił - miał dla niej lepszego kandydata. Podobnie, jak ty, miałem problemy ze znalezieniem pracy. Forsy brakowało, a chciałem się żenić.
– Z córką byłego padrone? – Zapytał Tino.
– Nie. Znalazłem inną. –Kontynuował Toni – Dlatego dałem się namówić kolesiowi na tę robotę.
– Jaką robotę? – Do rozmowy włączył się Alberto, zwany Grubym.
– Mieliśmy obrobić sklep jubilerski. Moim zadaniem było unieszkodliwienie systemu alarmowego. Wszystko poszło znakomicie, ale gdy już wychodziliśmy z towarem, nadzialiśmy się prosto na patrol. Zaczęła się strzelanina. Jednego gliniarza trafiłem, ale dostał też mój kumpel. Nie mógł wiać. Wiedziałem, że będzie sypał... Musiałem się ukrywać, a potem wszedłem do naszej grupy. Potem przypadkowo dowiedziałem się, że kumpel (zresztą gliniarz, którego poczęstowałem kulką również) zjechał, zanim zdążyli cokolwiek z niego wyciągnąć, ale odwrót i tak miałem odcięty.
– No to nasze życiorysy niewiele się różnią – skwitował Gino.
Zapadła chwila milczenia.
– No, Gruby, na co czekasz? Wal!
– Eee tam...
– Jak spowiedź, to spowiedź. Słuchamy.
– Mariowi też się każesz spowiadać? –z przekorą w głosie zapytał Alberto.
– No, nie... wszyscy wiemy, że Mario, to zawodowy killer. A może, nie tyle zawodowy, co hobbysta...
– No dobrze. – Zgodził się Alberto. – Może was to zdziwić, ale do Legionów trafiłem po prostu z przekonania. Dosyć miałem rządu i jego policji, kapitalistów, faszystów i tego całego burdelu, który ma czelność nazywać siebie państwem. Postanowiłem z nimi walczyć, wszystkimi dostępnymi metodami.
– Po prostu anarchista –stwierdził Tino.
– Zaraz musisz, jak aptekarz, przykleić każdemu etykietkę? Kiedy zorientowałem się, co właściwie robimy, było już za późno. A, tak na marginesie, Gino ma chyba rację, że te całe zasrane Legiony, to tylko nasza szóstka.
– Chyba jednak nie. – W głosie Tina zabrzmiało powątpiewanie –Ktoś przecież daje
forsę na nasze działanie...
– Masz rację. Ta centrala, chyba naprawdę istnieje. – Podsumował Toni. – Nie wiadomo tylko, kim oni są. Porca mizeria... chyba nie arabowie!?
Charakterystyczne pukanie przerwało rozmowę.
– Kto to? –zapytał pomny reprymendy Gino.
– Nie wygłupiaj się! To ja, Mario.
Gino otworzył drzwi.
– No, co macie takie skwaszone miny, chłopaki? Robota zrobiona - jedziemy na wakacje. Razem!

8

Cała piątka, niepomna tego, że są poszukiwani miło spędzała czas na plaży, w dyskotekach i barach. Któregoś ranka, Mario wszedł do pokoju zajmowanego przez Gina. Widząc, że starannie zasłane łóżko nie wykazuje śladów nocnego używania, przez chwilę, lekko skonsternowany zastygł w bezruchu, potem gwałtownie otworzył drzwi łazienki. Stwierdziwszy, że Gina w niej nie ma, zajrzał jeszcze do szafy, po czym wzburzony pobiegł do pokoju zajmowanego przez Tina. Bezceremonialnie zerwał okrycie ze śpiącego chłopaka i zaczął go szarpać za rękę.
– Gdzie jest ten skaut!?
– Jaki skaut? Co ty pieprzysz?
– Gino!
– Chyba u siebie...
– Nie ma go. Wcale się nie kładł tej nocy.
– Może jest u jakiejś dziewczyny?
– Bzdura! Nie ma jego rzeczy. Nawiał sukinsyn. Dzwoń do szefa! Szybko.
Mario podniósł słuchawkę stojącego na nocnej szafce telefonu.
– No dzwoń! Na co czekasz –wydyszał ze wściekłością Mario.
– Nie z tego aparatu ćwoku...
– Tino szybko włożył szorty i podkoszulek, wsunął na stopy sandały i wybiegł z hotelu. Mario podążał za nim krok, w krok. Po chwili wcisnęli się do budki telefonicznej.
– Odwróć się! –wydał polecenie Tino, wkładając kartę do aparatu.
– Niby dlaczego?
– Odwróć się, albo sam zadzwoń!
– Przecież nie znam numeru.
– No właśnie. Skoro szef podał numer tylko mnie, to znaczy, że nie chce, byś i ty go znał, więc się odwróć.
– Ty gnojku! – Wysyczał przez zęby Mario, ale odwrócił się w drugą stronę, gdy tymczasem Tino wybrał numer.
– Tu Tino.
– ...
– Gino nawiał.
– ...
– Jest ze mną.
– ...
– O.K., szefie.
– Szef chce rozmawiać z tobą. – Tino oddał słuchawkę Mariowi.
– Słucham szefie.
– ...
– Tak, wiem gdzie to jest. Niedaleko Florencji..
– ...
– Dopadnę gówniarza.
– ...
– W porządku, szefie. Może pan na mnie liczyć. Już zapisuję.
Mario odłożył słuchawkę.
– Wracamy do hotelu i pakujemy się. Po przyjeździe do Rzymu skontaktujesz się z szefem. Dostaniecie klucz na nową metę - w starej nie ważcie się pokazywać!
– A ty?
– Gówno ci do tego!
– O.K. Coś ty się zrobił taki nerwowy?
Czwórka młodzieńców opuściła swoje pokoje i udała się na dworzec. Mario wsiadł do autobusu odjeżdżającego w kierunku Florencji, pozostali zaś przeszli na stację kolejową i zajęli miejsce w pociągu. Na dworcu Termini spotkali się z szefem, który wręczył im kartkę z adresem, oraz klucze do mieszkania.

9

Toni i Gruby nudzili się w nowej melinie - tym razem - zupełnie przyzwoitym mieszkaniu niedaleko Cinecitta.
– Nudno, – odezwał się Alberto – może by tak włączyć telewizor?
– Włącz. – Tino odłożył na bok czytaną właśnie książkę.
– Alberto wcisnął przycisk pilota.
Spiker akurat kończył czytać zdanie: – ...do ubrania miał przypiętą kartkę z napisem Amarantowe Legiony. Policja podejrzewa, że padł ofiarą wewnętrznych porachunków w łonie tej terrorystycznej organizacji.
Na ekranie pokazała się sylwetka martwego człowieka. Pokazano zbliżenie twarzy.
– Słuchajcie, to chyba Gino. – Odezwał się Alberto.
– A to sukinsyn! – Wykrzyknął Toni.
– Gino? – Alberto zrobił zdziwioną minę.
– Mario. To na pewno jego robota.
Rozległ się zgrzyt przekręcanego w zamku klucza i do mieszkania wkroczył szef, a za nim Mario.
– Ty skurwysynu! Zabiłeś Gina! – Alberto rzucił się z pięściami na Maria.
– Uspokój się. – Szef rozdzielił zwaśnionych. –Wiecie, że Gino chciał nas wsypać? Kręcił się koło posterunku karabinierów w swoim miasteczku. Ktoś musiał go uciszyć.
– Gówniarz! – Mario splunął przez zęby.
– No dobrze chłopcy. Czeka was następna robota.
– Znowu jakaś bomba? – Zapytał Tino, z niechęcią w głosie.
– Zgadłeś.
– A może by zmienić metodę?
– Nasz doktorek znowu się wymądrza. – Mario nie mógł się powstrzymać przed kąśliwą uwagą.
– Zamknij się, Mario! Musicie się jakoś dogadywać. Lupus lupi frater est. – Uciszył go szef. – Co masz na myśli?
– Zamach na jakąś konkretną osobę. Jakiegoś polityka, ważnego glinę, albo innego VIPA
– To byłoby najlepsze. Ale - niestety - wy, chłopcy do tego się nie nadajecie. A propos, Mario, jakoś nienajlepiej spisujesz się w akcji werbunkowej. Przydałoby się zorganizować jeszcze kilka bojówek.
– Wie pan, szefie... – zaczął się tłumaczyć Mario – to nie jest takie proste. Nie wiadomo, jak ich wyszukiwać.
– Najlepiej dać ogłoszenie do gazety. – Zakpił Tino.
Mario spojrzał na niego zdziwiony i nagle poczerwieniał z gniewu.
– Ja ci kiedyś zamknę mordę na zawsze, mądralo!
– Mam pomysł, szefie –Tino zignorował pogróżki wściekłego Maria – chyba nawet niezły.
– W porządku porozmawiamy o tym przy następnej okazji, ale na razie wykonujemy polecenia Centrali.

Opublikowano

W dosyć obskurnym mieszkaniu złożonym z dużego, od dawna chyba
- ''chyba'' - jakaś niepewność narratora?

Jeden z młodzieńców otworzył, wpuszczając do mieszkania eleganckiego, choć lekko otyłego mężczyznę w średnim wieku. - może np ''jeden z nich'' bo młodość była wcześniej i mężczyzna znów się powtarza.

Dobrze dzisiaj spisaliście się - dobrze się dzisiaj spisaliście - może tak?

schodową i zatrzymali - za dużo ''i''. proponuję: (...)schodową, zatrzymując(...). Zapalili papierosy... itd.

wyszli na ulicę podchodząc - dziwnie to brzmi...

Szef był straszna kanalia - straszną kanalią albo z szefa była...

do rozmowy włączył się Albert - Alberto

interesująco się rozwija, jest trup, tajemnica i nowe zlecenie,
niezły tekst Leszku, przeczytałem z przyjemnością.
pozdr.

Opublikowano

podobne zastrzeżenia jak J. J. K.
plus dodatek:
A poza tym, czy jesteś absolutnie pewien, że ci ludzie są tak absolutnie bez skazy? ---> nie za dużo "absolutu" w jednym zdaniu?

Mężczyzna nazwany Mariem uniósł się z tapczanu i posłusznie wyszedł za szefem ---> tutaj można, zdaje się, obyć bez tego "za szefem", skoro to szef go wołał (to za kim innym miałby wyjść)

Szef i Mario zeszli na dół brudną i odrapaną klatką schodową i zatrzymali się w cuchnącej moczem i kotami bramie, zapalając papierosy, po czym wyszli na ulicę podchodząc do zaparkowanego nieopodal samochodu. ---> pomieszanie z poplątaniem. Radziłabym rozbić to na prostsze zdania i wywalić "na dół", bo nie można przecież zejść na górę. Mogłoby to wyglądać na przykład tak:
Szef i Mario zeszli brudną, odrapaną klatką schodową. Zatrzymali się w cuchnącej moczem i kotami bramie. Zapalili papierosy, po czym podeszli do zaparkowanego przy ulicy samochodu.

–Taak... miałem ochotę... dobry sobie. ---> to się chyba mówi "dobre sobie", ale nie jestem pewna, sprawdź jakoś

Czwórka młodzieńców opuściła swoje pokoje i udała się na dworzec. Gino wsiadł do autobusu odjeżdżającego w kierunku Florencji, pozostali zaś przeszli na stację kolejową i
zajęli miejsce w pociągu.
---> myślałam, że Gino uciekł wcześniej, a nie w tym samym, jak wynika z tekstu, czasie, w którym grupa wsiadała do pociągu...

czekam na dalszy ciąg

pozdrawiam

Opublikowano

Dziekuję z akonstruktywne uwagi. Poprawiłem w 99%.
W sprawie tych imion- zawsze obawiałem się, że przy dłuższym tekście mogą mi się pomylic- i stało się. Pociesza mnie jedynie fakt, iż jeden znany literat tez zaczął pisac o Gustawie, a skończył o Konradzie.
;-)

Opublikowano

Czyta się lekko, bez jakichś zgrzytów. Podoba się. Na upartego mógłbym się przyczepić tylko do części 9. Chodzi o to, że jakby to wynikało z kontekstu Mario pojechał załatwić Gina i pojawia się z szefem. I teraz dwie informacje, któe temu zaprzeczają. Zdanie pierwsze Toni, wraz z Grubym i pozostałymi kolegami (czyli wynika z tego, że jeszcze musiało być ich przynajmniej dwóch), a druga jest to, że Mario kontaktować się z szefem mógł wyłącznie przez Tino, więc aby spotkać szefa musiał wcześniej trafić do Tina.
I byłoby OK, gdyby nie to, że nie ma informacji, że Mario do nich dołączył i czy odnalezienie trupa Gino nastapiło szybko. Może spróbujesz dodać, że ofiara nie żyła od kilku dni, wtedy uprawdopodobni to wcześniejsze dołączenie Mario do grupy.
Zaznaczam, że trochę na siłę się czepiam, ale nie robię tego złośliwie, widzę bowiem, że zwracasz uwagę na odbiór innych. I chodzi mi o to aby bardzo dobry poziom jeszcze bardziej podnieść. A poziom jest naprawdę bardzo dobry.
Pozdrawiam
W

Opublikowano

Dzięki za wnikliwą analizę. rzeczywiście zapomniałem, że jeden członek grupy ubył. Jeśli idzie o pośrednictwo Tina w kontaktach z szefem, to pamiętaj, że Tino przekazał Mariowi słuchawkę i wtedy szef mógl przekazac Mariowi sposób na to by się mogli spotkać. Co do upływu czasu pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami - nie wiem, czy ma to istotne znaczenie. Przeanalizuję i ewentualnie uzupełnię.
Pozdrawiam takoż.

Opublikowano

porozstawianych po ścianami kanapach i tapczanach = ciekawe zjawisko... a może pod ścianami?

jaki właściwie sens ma ta nasza robota? Przecież cierpią niewinni ludzie...= oj Leszku, no nie rób z zabijaków chłopców! może spytać o sens, ale bez podtekstów, że krzywdzą niewinnych...

hmm, nie kupuję tego fragmentu o samarytaninie, niech swoje myśli przewódca przedstawia ludziom, ale bez prowokacji, normalnie by przecież takich ludzi nie przyjął, którzy się wahają, czy się mylę?

Szef z Mariem brudną i odrapaną klatką schodową zeszli na parter = Szef z Mariem zeszli na parter i wtedy brudy, bo inaczej jest brzydko...

Taak... miałem ochotę... dobry sobie. = chyba dobre

No dobrze –zgodził się Alberto. Może was = myślnik przed może

–Nie z tego aparatu ćwoku...
–Tino szybko włożył szorty = a tu bałagan przez enter

Toni, i Gruby = zbędny przecinek

zdziwiony, i nagle sczerwieniał z gniewu. = przed i się nei stawia przecinków i chyba poczerwieniał brzmi lepiej
.............................................

hmm, nadal nie jestem przekonana do tego otwartego zdania "cierpią niewinni ludzie", może niech się domyślają (szef itp), że chce ich sypnąć, ale bez takiego wykładania, co? Bo to się trochę sztuczne robi, tzn odbiera trochę życia i rumieńców sprawie, bo wszystko baaaaardzo jasno z siebie wynika, a tak, byłoby ciekawiej, bo nagle by go załatwili i dopiero potem wyszedłby wątek, że to dlatego, iż znudziło mu się bycie w tej grupie. Ale rzecz jasna to tylko moje zdanie w tym temacie :) lecę dalej

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...