Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

21
Po kilku dniach Sandra zaczęła siadać na łóżku. Opatrunek z jej głowy już zdjęto, a na oczach zamiast opaski miała ciemne okulary. Do pokoju weszła pielęgniarka.
– Znowu kwiaty dla ciebie, Sandro.
– Od niego?
– Jak zwykle.
– Jaki kolor?
– Czerwone.
– Mój ulubiony – wyciągnęła ręce, by przejąć bukiet od pielęgniarki. Wtuliła twarz w bukiet, rozkoszując się jego zapachem. – Siostro, jeśli jutro przyjdzie tu znowu, to proszę go do mnie przyprowadzić. Bardzo proszę.
– Dobrze, Sandro - spróbuję.
Kiedy następnego dnia Tino ponownie przyszedł do szpitala z naręczem świeżych kwiatów, pielęgniarka prawie zmusiła go, do odwiedzenia Sandry. Zaprowadziła go przed drzwi sali i odeszła. Tino przez chwilę spoglądał przez szybę na bladą, niemal całkowicie niknącą za ciemnymi okularami twarz Sandry, po czym nieśmiało zapukał.
– Proszę – powiedziała Sandra. Mimo, że nie wiedziała, kim jest gość, przeczucie podpowiadało jej, że musi to być tajemniczy adorator. Jej twarz w jednej chwil nabrała rumieńców.
Tino wszedł na salę, zbliżył się do łóżka i wręczył Sandrze bukiet.
– To ja... Dzień dobry – wydukał nieśmiało.
– Dzień dobry... – Zapadło kłopotliwe milczenie. Sandra zaczęła gładzić dłonią kwiaty, – Jakie?
– Herbaciane róże.
– Moje ulubione... Dziękuję panu. – Zlizała z palca kropelkę krwi.
– Jestem Tino.
– Dziękuję ci, Tino. To bardzo miłe z twojej strony, że przynosisz mi tyle kwiatów. Szkoda tylko, że nie mogę ich zobaczyć.
– Tych jeszcze nie, ale za kilka dni na pewno już będziesz mogła...
– Nie, nie będę mogła. Już nigdy nie będę mogła zobaczyć żadnych kwiatów!– gwałtownie powiedziała Sandra – żadnych kwiatów...–zawahała się nieco – ani ich ofiarodawcy.
– Uspokój się, – Tino ujął ręce Sandry w swoje dłonie – na pewno wszystko będzie w porządku.
Puścił dłonie dziewczyny i ukradkiem ścierając płynącą po policzku łzę nagle zaczął okazywać nienaturalny pośpiech:
– Przepraszam cię, muszę już iść, ale jutro przyjdę znowu.

Kilkanaście dni później, do Sandry wypoczywającej na leżaku rozłożonym na tarasie przyszedł Tino, z kolejnym bukietem w ręku.
– Cześć Sandro!
Słysząc jego głos Sandra zerwała się z leżaka i padła mu w ramiona.
– Ach, Tino, tak się cieszę! Profesor powiedział, najpóźniej za tydzień wyjdę z kliniki.
– To wspaniale. Będziemy mogli się pobrać.
Twarz Sandry spochmurniała.
– Tino, wiesz przecież... Nie mogę przyjąć twojej propozycji... Nie chcę... nie mogę być dla ciebie ciężarem.
– Ależ Sandro, kocham cię. Nie wolno ci tak mówić!
– Mylisz się, Tino. To nie jest miłość, tylko litość. Nie wierzę, że mógłbyś pokochać kalekę.
– Uwierz mi. Nie mam wątpliwości, ze łączy nas najprawdziwsza i najpiękniejsza w świecie miłość. Przecież tyle razy ci to tłumaczyłem.
22
Profesor Carlsson siedział za biurkiem w swoim obszernym gabinecie, gdy rozległ się sygnał interkomu. Profesor nacisnął przycisk.
– Panie profesorze, doktor Werner do pana. – usłyszał głos sekretarki.
– Niech wejdzie.
Do gabinetu wkroczył, a właściwie wpadł młody, dobrze zbudowany blondyn z mocno zarysowaną dolną szczęką.
– Finis coronat opus! Mamy to w końcu, panie profesorze. Próby na zwierzętach wypadły bezbłędnie.
– To wspaniale. Dziękuję panu, kolego. Jestem przekonany, że pana i całego zespołu nie ominie wysoka nagroda. Nasi zleceniodawcy są niezwykle zainteresowani postępami w pracy.
– Dziękuję. Parę dolców się przyda. Linda spodziewa się dziecka, i musimy zamienić mieszkanie na normalny dom.
– Czy wszystkie dane są już uporządkowane i wprowadzone do komputera?
– Oczywiście.
– Proszę zatem, o przeniesienie ich na CD i dostarczenie mi tego wszystkiego, razem z wszelkimi notatkami. Po zweryfikowaniu danych, proszę sformatować wszystkie dyski, tak, by nie pozostawić żadnych śladów naszej pracy.
– W porządku. Zrobię tak, jak pan każe i przyślę dyski przez któregoś z techników – w głosie Wernera słychać był lekkie zdziwienie. – Może mi pan wyjaśnić, dlaczego niszczymy te dane?
– Panie doktorze. Jestem tak, jak pan naukowcem i też mnie to trochę bulwersuje, ale takie jest polecenie naszego zleceniodawcy. No cóż - nie kąsa się ręki, która karmi. I bardzo proszę, kolego, byście zajęli się tym osobiście. Zdaje pan sobie przecież sprawę, że nie chodzi tu o nową odmianę pszenicy, czy kukurydzy...
– Ma się rozumieć, panie profesorze. Dopilnuję wszystkiego.
Werner opuścił gabinet, a profesor uniósł się z krzesła i podszedł do ściany, której całą niemal powierzchnię zajmował wielki regał biblioteczny. Zaczął się przyglądać tytułom wydrukowanym na grzbietach książek, wysuwając nieco to jedną, to drugą i natychmiast odruchowo wsuwając je na swoje miejsce. Jego twarz zdradzała jednak, że myślami był nieobecny. Po kilku minutach westchnął ciężko i podszedł do biurka, podniósł słuchawkę telefonu i wybrał numer.
W tym samym czasie, w innym gabinecie zadzwonił jeden z licznych telefonów. Młody mężczyzna odczekał kilkanaście sekund i podniósł słuchawkę.
– Czym mogę służyć?
Profesor usłyszał w słuchawce komunikat:
– Proszę mówić - rozmowa rejestrowana, – a po chwili inny głos zapytał – czym mogę służyć?
– Mówi G-3. Proszę połączyć z dyrektorem.
– Dyrektor w tej chwili nie może odebrać. Proszę zostawić wiadomość. Kiedy tylko szef będzie wolny - oddzwoni.
– Informuję zatem, że nasza praca zakończyła się pełnym sukcesem. Wszystkie próby na zwierzętach przyniosły oczekiwany efekt. To wszystko. – odłożył słuchawkę, odchylił się na fotelu i przymknął oczy. Chwilę relaksu przerwał mu dzwonek telefonu. Profesor podniósł słuchawkę.
– Tak, przy aparacie.
– ...
– Dziękuję dyrektorze, też się cieszę.
– ...
– Oczywiście. Wszystkie dyski i notatki za chwilę będą na moim biurku. Zobowiązałem do tego kierownika laboratorium - doktora Wernera.
– ...
– Tak, rozumiem, jak go rozpoznam?
– ...
– W czasie lunchu? A nie dałoby się zrobić tego w południe? Po takim sukcesie chciałem dziś rozpuścić ludzi do domów trochę wcześniej. Pracowali nawet
w weekendy.
– Dostaną wczasy? Na koszt państwa? No dobrze, niech będzie o pierwszej.
Carlsson odłożył słuchawkę i oddał się rozmyślaniom. Po około godzinie rozległo się pukanie do drzwi.
– Wejść!
Sekretarka uchyliła drzwi, przepuszczając objuczonego pudłem pełnym dokumentów doktora Wernera. Na wierzchu papierów leżało również kilka płyt CD, oraz kilka pojemników przypominających puszki konserw.
– Dziękuję, doktorze. Proszę to położyć na biurku. Proszę też zapowiedzieć wszystkim, że punktualnie o pierwszej w laboratorium odbędzie się telekonferencja z udziałem najwyższych władz. Obecność bezwzględnie obowiązkowa. Aha, macie zagwarantowany długi urlop na koszt państwa. To wszystko. Lizo – zwrócił się do sekretarki – powiedz Bobowi, żeby przeniósł do laboratorium telewizor z sali konferencyjnej.
Profesor Carlsson ponownie podniósł słuchawkę i wybrał numer.
– Halo! To ty, kochanie? Słuchaj teraz uważnie i zrób dokładnie wszystko to, co ci powiem. W moim sejfie znajdziesz płytę CD. Wyjmij ją i ukryj gdzieś poza domem...
Albo, jeszcze lepiej wyślij ją na adres Rona.
– ...
– Tak, wiem, że są na wakacjach. Sama szybko pakuj dzieci i gdzieś wyjedź. Tylko, broń boże, nie do mamy. I proszę cię o maksymalny pośpiech. Nie, o nic nie pytaj. Może to nic poważnego, ale należy być ostrożnym. Zadzwoń do mnie pojutrze w południe.
Kilka minut przed pierwszą, w laboratorium, przed wielkim telewizorem, podłączonym do karty graficznej komputera sieciowego zebrali się wszyscy pracownicy. Zamontowana została również kamera internetowa. Nikt już nie był zabezpieczony „kosmicznym skafandrem”. Zegar na monitorze pokazywał 12:53.
W tej samej chwili do gabinetu profesora weszła sekretarka.
– Nie idzie pan na lunch?
– Nie, ale ty możesz iść, Lizo.
Minutę później przed budynkiem instytutu zatrzymała się furgonetka, z której wysiadło czterech mężczyzn. Weszli do budynku, gdzie rozdzielili się. Trzech zaczęło powoli wchodzić na piętro, a czwarty skierował się do podziemnej części gmachu. Po zejściu na dół przeszedł długim, słabo oświetlonym korytarzem, do ciężkich metalowych drzwi. Wszedł do pomieszczenia pełnego rur i zaworów. Spojrzał na wyjęty z kieszeni rysunek, po czym zakręcił jeden z zaworów i opuścił pomieszczenie. Tymczasem pozostali dotarli na piętro. Jeden z nich skierował się w kierunku laboratorium. Wsunął do czytnika kartę i wpisał kod, a po jej wyjęciu włożył w szczelinę metalową płytkę. Następnie zaryglował z zewnątrz ciężkie pancerne drzwi z napisem: LABORATORIUM. OBCYM WSTĘP WZBRONIONY. Do mikrofonu przypiętego do kołnierza zameldował:
– Dwójka gotowa.
Tymczasem dwaj pozostali znikli za drzwiami z tabliczką: DYREKTOR INSTYTUTU.
Przeszli przez pusty sekretariat i bez pukania weszli do gabinetu profesora Carlssona.
– My w sprawie G-3.
– Proszę zabrać.
Jeden z mężczyzn wyjął spod marynarki dwie cienkie, nylonowe torby podróżne i zaczął przekładać do nich zawartość pudła, drugi podszedł do okna i wyglądał przez chwilę na dziedziniec, równocześnie sięgając ręką pod marynarkę.
– Dziękujemy, profesorze i przepraszamy za kłopot – powiedział mężczyzna kończąc pakowanie.
Tymczasem jego towarzysz odwrócił się od okna i podszedł z boku do Carlssona. Przyłożył mu do skroni pistolet i nacisnął spust. Stłumionego odgłosu wystrzału nikt nie mógł usłyszeć. Profesor osunął się na pokrywający podłogę dywan. Mężczyźni bez pośpiechu opuścili gabinet.
Zegar na monitorze pokazał godzinę 1:00 PM, a z głośnika popłynął głos:
– Witam wszystkich zgromadzonych...
Setki mil dalej w dużym pomieszczeniu, z podłużnym stołem siedziało trzech, zwróconych plecami do kamery mężczyzn. Jeden z nich mówił:
– ...w imieniu narodu dziękujemy za wasz trud.
W tym momencie z głośników dobiega odgłos detonacji. W widocznym na monitorze laboratorium błyskają języki ognia. Rozlegają się również okrzyki przerażenia. Jeden z pracowników podbiega do gaśnicy, lecz ta okazuje się być pusta. Inny rozwija węża gaśniczego i odkręca zawór hydrantu, lecz z prądownicy wypływa tylko kilka kropel wody. Widać również grupę pracowników szturmujących do drzwi, lecz te nie ustępują. Pożar rozprzestrzenia się. Z głośników dobiegają coraz słabsze, przechodzące w skowyt bólu krzyki, lecz po chwili słychać jedynie syk rozprzestrzeniającego się ognia.
Jeden z mężczyzn wcisnął przycisk pilota - wygaszając monitor i wyłączając głośniki.
W chwilę później człowiek, który zablokował drzwi laboratorium powrócił do nich. Chwycił za rygiel i natychmiast go puścił, po czym zaczął dmuchać na dłonie, na których natychmiast pojawiło się zaczerwienienie. Potem, trzymając rygiel przez połę marynarki odkręcił go powoli do pozycji OPEN. Następnie przy pomocy wyjętej z kieszeni cienkiej pincety wyjął z czytnika blaszkę uniemożliwiającą wcześniej wprowadzenie do szczeliny karty magnetycznej i skierował się do wyjścia.

Opublikowano

Opowiadanie zaczyn asie rozwijac jak widze. Nawet "tragiczny" wątek milosny mamy. Ciekawe jak to sie rozwinie.

Ci spaleni żywcem ludzie to chyba dla mnie, wkońcu prosiłem o toche brutalności. Ale smażenie ludzi ... Aż mnie ciarki przeszły.

Opublikowano

super! trochę się pogubiłem, bo jest tak wiele różnych wątków, że należy się kilkakrotnie zastanowić co, gdzie, kiedy. Ogólnie to z chęcią przeczytałbym całe to dziełko:) Czy to prawda, że ukaże się w formie zmaterializowanej? Jeśli tak to z chęcią nabędę.
Parę literówek się pojawiło :

22
Twarz Sandra spochmurniała - Sandry.
– W porządku. Zrobię tak, jak pan każe i przyślę dyski przez któregoś z techników – głosie Wernera słychać był lekkie zdziwienie. zabrakło w (w głosie)
Na wierzchu papierów leży również kilka płyt CD, oraz pojemnik przypominający puszkę konserw.- powinna być leżało rówież kilka płyt CD
Chwycił za rygiel i natychmiast go puścił i zaczął dmuchać na dłonie, na których natychmiast pojawiło się zaczerwienienie. - po drugim "i" powinien być przecinek.

Pozdrawiam i czekam na więcej:)

Opublikowano
Po kilku dniach Sandra zaczęła już siadać na łóżku. Opatrunek z jej głowy już zdjęto, a na oczach miast opaski miała ciemne okulary. Do pokoju weszła pielęgniarka. --> proponuję "zamiast" zamiast "miast" ;]
– Nie, nie będę mogła. Już nigdy nie będę mogła zobaczyć już żadnych kwiatów! --> o jedno "już" za dużo
oOo --> próbuję rozszyfrować co to :]
Kilkanaście dni później do Sandry wypoczywającej na leżaku rozłożonym na tarasie przyszedł Tino z kolejnym bukietem w ręku. --> proponuję pocięcie tego długiego, pełnego czasowników zdania przecinkami: Kilkanaście dni później, do Sandry, wypoczywającej na leżaku rozłożonym na tarasie, przyszedł Tino, z kolejnym bukietem w ręku. (jakoś tak lub podobnie)
– Dziękuję. Parę dolców się przyda. Linda spodziewa się dziecka, i musimy zamienić mieszkanie na normalny dom . --> kropka za daleko (sorry za takie "pierdoły")
– W porządku. Zrobię tak, jak pan każe i przyślę dyski przez któregoś z techników – głosie Wernera słychać był lekkie zdziwienie. – Może mi pan wyjaśnić, dlaczego niszczymy te dane? --> smaczne było chociaż to zjedzone "w"?
Zaczął się przyglądać tytułom wydrukowanym na grzbietach książek, wysuwając nieco to jedną, to drugą i wsuwając je natychmiast na swoje miejsce. --> zapętliło się to zdanie, bo trochę wynika z niego, że dyrektor te książki wsuwa na swoje miejsce ;] (ale to pewnie moje złudzenie)
Jego twarz wyglądał jednak, jakby myślami był nieobecny. --> po 1. wyglądała, po 2. w ogóle lepiej napisać to zdanie: Jego twarz zdradzała jednak, że myślami jest nieobecny.
– Proszę mówić - rozmowa rejestrowana, – a po chwili inny głos zapytał – czym mogę służyć?
– Mówi G-3. Proszę połączyć z dyrektorem.
– Dyrektor w tej chwili nie może odebrać. Proszę zostawić wiadomość. Kiedy tylko szef będzie wolny - oddzwoni.
--> tutaj przez chwilę zatrzymałam się, nie rozumiejąc kto dzwoni a kto odbiera; jak już dotarło to do mnie ;] to mam kolejną wątpliwość: najpierw występuje osoba dyrektora nazywana na końcu poufale "szefem" - to trochę nie bardzawy sposób na oficjalny komunikat sekretarki/sekretarza?
– W czasie lunchu? A nie dałoby się zrobić tego w południe? Po takim sukcesie chciałem dziś rozpuścić ludzi do domów trochę wcześniej. Pracowali nawet
w weekendy.
--> tutaj po 1. "puścić" zamiast "rozpuścić" (rozpuszcza się np cukier w herbacie), a po 2. przenieść "w weekendy" piętro wyżej, bo się cokolwiek zapodziało
Na wierzchu papierów leży również kilka płyt CD, oraz pojemnik przypominający puszkę konserw. --> leżało, jak już ktoś bystry wcześniej zauważył
Lizo, – zwrócił się do sekretarki – powiedz Bobowi, żeby przeniósł do laboratorium telewizor z sali konferencyjnej. --> nie wiem, czy już wcześniej był taki motyw, ale przecinek jest zbędny, myślnik sam w sobie jest znakiem sugerującym jakąś-tam ;] pauzę i nie ma co ładować dwóch grzybków w ten barszcz
Kilka minut przed pierwszą, w laboratorium, przed wielkim, podłączonym do karty graficznej komputera sieciowego telewizorem zebrali się wszyscy pracownicy.
Wszedł do pomieszczenia pełne rur i zaworów.
--> tutaj budowa zdania coś mi nawala, musiałam je przeczytać dwa razy, a po co? można napisac prościej:
Kilka minut przed pierwszą, w laboratorium, przed wielkim telewizorem, podłączonym do karty graficznej komputera sieciowego, zebrali się wszyscy pracownicy. (chyba lepiej?)

pozdrawiam
i czekam na kolejne części
Opublikowano

już siadać na łóżku. Opatrunek z jej głowy już= już już

oOo
Kilkanaście dni później = a co to są te kółeczka?

Będziemy mogli się pobrać. = ?! hym, że co? po kilkunastu dniach?

To wspaniale. Dziękuję panu, kolego. = hm, sztywniak jakiś z tego faceta, nagle dowiaduje się, że udało się coś niesamiwitego, nad czym pracowali pewnie prez lata, a ten ze stoickim spokojem, wspaniale, dziękuję?

głosie Wernera słychać był lekkie zdziwienie. = w głosie i było słychać, głodnyś? :)

Jego twarz wyglądał jednak, = wyglądała

– Tak, rozumiem, jak go rozpoznam?
– W czasie lunchu? = jeżeli wcześniej wstawiałeś pomiędzy wypowiedziami " - ... " to trzeba sie tego trzymać

i natychmiast go puścił i = ii

pincety= chyba pęsety?
.........................

nie wiem właściwie co o całości myśleć, może ocenię przy ostatniej części, bo w niektórych momentach mam mieszane uczucia, ale ogólnie pomysł bardzo mi się podoba :)

Opublikowano

Dziękuję wszystkim za porady. Bez was byłoby zdecydowanie gorzej. Większośc uwag uwzględniłem.
Tak, ta rozmowa telefoniczna przysporzyła mi trochę kłopotów i jest być może nieco zawiła. Najpierw zgłosił się automat, potem odebrał sekretarz, który raz powiedziała dyrektor, więc potem nie powinien powtórzyć tego samego słowa. Dlatego szef. Nie wiem – boss brzmiałoby lepiej?
Rozpuścić, czy puścić – oto jest pytanie. W mowie potocznej chyba ta pierwsza forma jest do przyjęcia i oznacza jakby większy luz, ale się nie upieram. Na razie czekam na inne opinie w tej sprawie.

Będziemy mogli się pobrać. = ?! hym, że co? po kilkunastu dniach?
Miłość od pierwszego wystrzału, Natalio. Tak bywa.
Pinceta = pęseta (obie formy są poprawne)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...