Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

26

Pewnego dnia, Tino w białym fartuchu narzuconym na ubranie czekał przed przeszklonymi, wahadłowymi drzwiami bloku operacyjnego. Chodząc niecierpliwie, z kąta w kąt, co chwila spoglądał na zegarek. W końcu drzwi się otworzyły i na korytarz wyszedł starszy, nieco łysiejący mężczyzna w zielonym stroju szpitalnym. Tino szybkim krokiem zbliżył się doń.
– Panie profesorze! Co z nią?
– Niech się pan uspokoi, młody człowieku. Wygląda na to, ze wszystko jest w porządku - będzie widzieć, a właściwie już wszystko widzi i cieszy się, jak dziecko.
– Serdecznie dziękuję. Doprawdy nie wiem, jak mógłbym się panu odwdzięczyć.
– Pomagać ludziom, to nie tylko mój obowiązek, ale też wielka satysfakcja. Dlatego nie oczekuję od państwa niczego. Wystarczy mi radość, którą widzę w waszych oczach. Ale, ale... Z wcześniejszych rozmów z panem zorientowałem się, że ma pan niezłe rozeznanie medyczne...
– Studiowałem medycynę.
– I?
– Z pewnych powodów nie mogłem dokończyć.
– Tak też myślałem. Wobec tego, odwdzięczy mi się pan zostając lekarzem. A poza tym zaprosicie mnie na chrzciny – pół żartem, pół serio zasugerował profesor.
– Bardzo pragnę jednego i drugiego, ale wydaje mi się, że zarówno z dokończeniem studiów, jak i z chrzcinami będzie kłopot. Żona leczy się ginekologicznie, jak dotąd jednak - bezskutecznie. A ja... no cóż, długo by mówić.
– Proszę się nie poddawać. Zawsze należy podjąć rzuconą przez los rękawicę i walczyć. Bo tylko przez upór i silną wolę spełnienia, można osiągnąć to, czego się pragnie. Trzeba tylko naprawdę bardzo tego chcieć.
– Obiecuję, panie profesorze, że przemyślę wszystko, co pan powiedział. Do widzenia panu. Dziękuję raz jeszcze.
– Do widzenia. Życzę powodzenia.
Kiedy po kilku dniach Sandra w towarzystwie męża opuszczała szpital stwierdziła:
– No, tym razem nie będziesz mi musiał opowiadać którędy jedziemy i co widać wokół.
Wsiedli do czekającej na nich taksówki, która zawiozła ich na dworzec kolejowy. Tino wyciągnął z bagażnika dwie duże walizki i torbę podróżną, po czym oboje przeszli do hali dworcowej. Po wykupieniu biletów, zajęli miejsca w przedziale pierwszej klasy. Po chwili pociąg ruszył. Sandra wyglądając przez okno, żegnała się w myślach ze swoim ukochanym miastem.
Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacyjce. Jedynymi pasażerami wysiadającymi na peron byli Sandra i Tino. Przez chwilę stanęli się na peronie, rozglądając się wokół niepewnie.
– Zaraz dowiem się, gdzie to jest. Zaczekaj chwilę, Sandro.
Sandra z bagażami została na peronie, obserwując Tina, który podszedł do jakiegoś, ubranego w kolejarski uniform mężczyzny. Zagadnięty przez Tina człowiek przez chwilę coś wyjaśniał gestykulując przy tym w sposób tak jednoznaczny, że nie słysząc rozmowy Sandra wszystko zrozumiała. Po chwili Tino wrócił do żony.
– To zupełnie blisko. Możemy przejść się pieszo. Bagaże zostawimy na razie u dyżurnego ruchu.
Po zostawieniu walizek u sympatycznego dyżurnego udali się do miasteczka. Po dotarciu do niewielkiego ryneczku, Tino wszedł do sklepu ze starociami, by po chwili wyjść z zawieszonym na palcu kółkiem, do którego przymocowany był klucz. Zakręcił nim przed twarzą Sandry.
– Oto klucz do naszego szczęścia – powiedział z zadowoloną miną.
Następnie skierowali się wąską, wspinającą się stromo na zbocze górującego nad okolicą wzniesienia uliczką. Po kilkunastu minutach nieśpiesznej wędrówki dotarli do małego, zbudowanego z kamienia, pokrytego dachówką w kolorze pomarańczowo-piaskowym, ukrytego wśród zieleni domku.
– Prawda, że uroczy? – Powiedział Tino.
– Śliczny! – Sandra nie ukrywała zachwytu. – Ale mieszkanie nie jest umeblowane?
– Tak, jak chciałaś. Jest całkowicie puste. Wszystko w środku będzie nasze własne.
Tino otworzył drzwi i przeniósł przez próg roześmianą Sandrę. Znaleźli się w wąskiej sieni, z której czworo drzwi prowadziło do kuchni, łazienki i dwóch pokoi. Obejrzeli po kolei wszystkie pomieszczenia, by na końcu znaleźć się w salonie. Sandra rozejrzała się wokół, po czym z udawaną pretensją w głosie zwróciła się do Tina
– Miało nie być żadnych mebli.
– Przecież nie ma.
– Jak to nie ma? A co to takiego? – Sandra wskazała wykusz pod oknem.
– To?
– Tak, to.
–Znowu masz kłopoty z oczami, kochanie? – Zaniepokoił się Tino. – Przecież to gazety!
–Jaka gazeta, głuptasie? – Roześmiała się Sandra. – Nie widzisz, że to tapczan?
–Ach tak, rzeczywiście – podjął grę Tino.
Sandra pociągnęła Tina do wnęki, w której leżały na podłodze porzucone prawdopodobnie przez malarzy gazety. Zaczęła je rozścielać, po czym nacisnęła gazety ręką.
– Patrz, jaki wygodny.
– Rzeczywiście – Tino powtórzył gest Sandry..
Sandra położyła się na gazety, pociągając Tina za sobą. Zaczęli się przytulać, gdy nagle Sandra nieruchomieje.
– Tino, patrz! Tino!
Tino spojrzał na gazetę i zaczął czytać - najpierw w myśli, potem głośno:
– ...aresztowano sprawcę wypadku, w którym śmierć poniosła dwudziestoletnia Patricia Modena. Okazał się nim student medycyny Giovanni P. Jako współwinny odpowiadał będzie jego kolega Michelangelo V. Ich czyn jest tym bardziej godny potępienia, że, jako studenci medycyny powinni czuć się szczególnie zobowiązani do udzielania pomocy ofierze wypadku. O ich perfidii i przewrotności świadczy również fakt, że stworzyli pozory, jakoby sprawcą był trzeci z kolegów - właściciel samochodu, którego nieprzytomnego w wyniku nadużycia alkoholu przenieśli z tylnego siedzenia na miejsce kierowcy, a następnie zbiegli. – Przez chwilę zaniemówił z wrażenia. – Sandro! To nie ja! Widzisz, jestem niewinny. Muszę przeczytać tę wiadomość ponownie. – Przeczytał cały tekst po cichu. – I co teraz, Sandro? Co robić?
– Mógłbyś skończyć studia...
– Pod fałszywym nazwiskiem powrócić nie mogę. Jeśli wrócę pod prawdziwym, moi kumple z organizacji na pewno mnie znajdą i zlikwidują. Nie, nie mogę. Myślę, że na razie zaczniemy się tutaj urządzać i weźmiemy się do pracy. Może z czasem wszystko się jakoś samo ułoży...
– A gdybyś zgłosił się na policję? Przecież uprzedzałeś władze o planowanych akcjach. Wyrok nie byłby chyba wysoki. A potem daliby ci ochronę.
– Jeszcze się nad tym zastanowię.

27
Był późny wieczór. Mario prowadził srebrne Audi A6, należące do siedzącego na miejscu pasażera szefa.
– No i co teraz, szefie? Toni i Alberto nie żyją, Tino nawiał...
– Nie martw się Mario. Zrobimy dobrą akcję i będzie o nas głośno.
– Akcję? We dwóch!?
– Niech cię o to głowa nie boli. I zwolnij, do cholery!
Mario, który podczas tej rozmowy coraz mocniej naciskał pedał gazu zwolnił, okazało się jednak, iż uczynił to o kilkanaście sekund za późno. Samochód został namierzony przez radar i policjant zasygnalizował Mariowi by zatrzymał pojazd. Kiedy auto stanęło policjant podszedł powoli.
– No i co, panie kierowco... Dokąd się tak bardzo spieszymy?
– Przepraszam, panie władzo, jakoś tak... – Mario zaczął się niepewnie tłumaczyć.
– On cierpi na syndrom dorożkarskiej szkapy – do rozmowy włączył się szef.
– Szkapy dorożkarskiej? – Zdziwił się policjant. – A cóż to takiego?
– Nie słyszał pan? No więc, niech pan posłucha. Szkapa dorożkarska przez cały dzień stoi w oczekiwaniu na pasażerów, lub flegmatycznie człapie po ulicach miasta ciągnąc dorożkę. Gdy jednak dzień ma się ku końcowi, a dorożkarz kieruje pustą dorożkę w stronę domu, w szkapę wstępuje nowy duch i przyśpiesza, niczym rasowy rumak, by jak najszybciej znaleźć się w stajni. A my właśnie zbliżamy się do celu naszej podróży.
– Rozbawił mnie pan, więc tym razem puszczę wykroczenie w niepamięć. A pan – zwrócił się do kierowcy – niech od razu zje trochę owsa i jedzie wolniej. Wio!
Samochód ruszył i przez kilka kilometrów jechali w milczeniu, a szef co chwilę spoglądał na ekran nawigacji satelitarnej.
– Zwolnij i zatrzymaj się koło tego znaku.
Mario zatrzymał samochód.
– Wyłaź i szukaj pod znakiem.
– Czego mam szukać?
– Kamienia.
– Kamienia? Jakiego kamienia?
– Nie pytaj, tylko szukaj! – Zniecierpliwił się szef
– No dobra, dobra.
Mario wysiadł z samochodu i podszedł do znaku. Pochylił się i przez chwilę macał ręką u podstawy metalowego słupka, po czym wrócił do samochodu, trzymając w ręku kamień wielkości pięści.
– Taki może być?
– A był jakiś inny?
– Nie, tylko ten jeden, ale mogę poszukać gdzieś dalej.
– Nie trzeba. Ten jest odpowiedni.
– Szefie, a po co panu kamień?
– O Boże! – Westchnął szef. – Czy ty sądzisz, że kamień jest mi potrzebny do tłuczenia orzechów? To nie jest zwykły kamień, tylko wiadomość z Centrali.
– Mario z niedowierzaniem obejrzał kamień
– Wygląda, jak prawdziwy.
– O to właśnie chodzi.
– Odczytamy ją później. Ruszaj! Wiśta, wio! – Zaśmiał się, wkładając kamień do teczki.
Mario uruchomił silnik i ruszył, by na najbliższym skrzyżowaniu skręcić na autostradę w kierunku Rzymu. Szef skierował go w stronę jakiegoś domu na peryferiach i kazał stanąć na podjeździe obok niebieskiego Fiata Punto. Kiedy samochód się zatrzymał szef powiedział:
– Bierz teczkę i chodź ze mną!
Szef otworzył i weszli do budynku. Po zamknięciu drzwi wejściowych na zasuwę udali się do pokoju. Szef włączył oświetlenie, następnie zapalił stojącą na biurku lampkę i położył na blacie wyciągnięty z teczki kamień. Usiadł za biurkiem i zaczął przy nim majstrować wyjętym z szuflady śrubokrętem. Po chwili kamień rozpadł się na dwie części. W jego wydrążonym wnętrzu znajdowała się niewielka kapsułka, którą szef szybko wrzucił do stojącego na blacie słoika z jakimś płynem.
– Myje to pan, czy co?
– Nasycają to jakimś paskudztwem, które w ciągu dziesięciu sekund od chwili wyjęcia z kamienia powoduje nieodwracalne zniszczenie tekstu - ten płyn go neutralizuje, a równocześnie działa jak wywoływacz. Teraz zgaś światło i zaciągnij story.
Kiedy Mario wykonał jego polecenie włączył inną lampkę, gasząc równocześnie, tą która świeciła wcześniej. W pokoju zapanowała całkowita ciemność.
– Szefie, zepsuła się. Nic nie widać.
– Nic nie widać, powiadasz? To spójrz.
Po omacku wyjął ze słoika kapsułkę, zgniótł ja w palcach i rozwinął niewielki rulonik, po czym podsunął go pod lampkę. Ukazał się świecący zielonkawo tekst.
– Reaguje na podczerwień - mruknął do Maria i skupił się na odczytywaniu informacji. – Podaj mi palmtopa z teczki.
Włączył komputer i wprowadził jakieś dane. Po chwili na ekranie ukazała się fragment mapy, z migającym punktem w centrum. Na dole ekranu wyświetlone zostały współrzędne geograficzne. Zatwierdził dane i włączył lampkę. Po kilku sekundach karteczka rozbłysła jasnym światłem i natychmiast uległa spopieleniu.
– W porządku, masz tu kluczyki, bierz Punto i jedź do siebie. Po drodze wyrzucisz gdzieś te kawałki kamienia - najlepiej rzeki - każdą część oddzielnie. Masz się do mnie zgłosić za trzy dni o dziewiątej rano. Zrobimy sobie wycieczkę na południe kraju.

Opublikowano

kazał zatrzymać się na podjeździe obok niebieskiego Fiata Punto. Kiedy samochód się zatrzymał szef powiedział: - może np kiedy stanęli albo samochód stanął...?

Ukazał się świecący zielonkawo tekst.- szyk

bardzo dobrze, jak zawsze, miło się czytało. Tylko szef zbyt zlekceważył Tina, chyba, że ta wycieczka nam coś wyjaśni... czekam na kolejne częsci.

pozdr.

Opublikowano

" – Serdecznie dziękuję. Doprawdy nie wiem, jak mógłbym się panu odwdzięczyć.
– Pomagać ludziom, to nie tylko mój obowiązek, ale też wielka satysfakcja. Dlatego nie oczekuję od państwa niczego. Wystarczy mi radość, którą widzę w waszych oczach."

fatalny dialog, powinno być:

– Serdecznie dziękuję. Doprawdy nie wiem, jak mógłbym się panu odwdzięczyć.
– No... w sumie... eeee... pomaganie ludziom to moja główna radość... ale, ze dwie flaszeczki dobrego koniaczku... i będziemy kwita.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...