Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Apokalipsa

Po śniadaniu pojechałem na Plac Czterdziestu Rozbójników, Suliko zaś ponownie zasiadła do komputera. Na placu trwał wzmożony ruch – do szybu spuszczano coś, czego nie widziałem, ale mogłem mieć pewność, iż była to owa bomba. W tym samym czasie wielka betoniarka wypluwała na taśmociąg ogromne ilości betonu. Równocześnie prowadzono demontaż drugiej wieży.
– Dlaczego teraz to rozbieracie? – zapytałem doktora Nobody, krążącego pomiędzy robotnikami. – I po co ten beton?
– Wieżę demontujemy, bo liczymy się z tym, że po wybuchu mogłaby się nieco przechylić, a będzie nam jeszcze potrzebna. Betonem zaś częściowo zalejemy pierwszy odwiert.
– Może mi pan to bliżej objaśnić?
– Zdaje pan sobie sprawę z tego, jakie ciśnienie wywołuje wybuch termojądrowy? Pewnie nie. Ja też tego dokładnie nie wiem i dlatego odwiert zalejemy betonem na odcinku około pół mili, a następnie zdemontujemy również tę wieżę i dokonamy eksplozji.
– Ale wszystko i tak wydostanie się drugim odwiertem...
– Otóż nie. Tamten jest płytszy o około trzy czwarte mili. Dopiero po odczekaniu pewnego czasu zmontujemy obydwie wieże i będziemy nadal wiercić tak, by dotrzeć do kawerny. Wówczas spuścimy wodę i zobaczymy co się stanie. Jestem jednak przekonany, że wszystko odbędzie się zgodnie z planem.
– Skąd będziecie wiedzieć kiedy wznowić wiercenia?
– Tego będą pilnować współpracujący ze mną geofizycy, oraz ich najnowocześniejsze urządzenia. Ale teraz przepraszam pana, muszę zająć się swoimi sprawami.
Nobody oddalił się, a ja nie widząc na razie nic specjalnie dla mnie interesującego podjechałem bliżej demontowanej wieży i rozejrzałem się wokoło. Wpadły mi w oko solidne, dwujardowej długości ceowniki, zabrałem więc do pojazdu dwa z nich i zawiozłem w pobliże kraty i wentylatora, po czym wróciłem do apartamentu, gdzie oddałem się rozmyślaniom.
Licho wie ile to jeszcze może potrwać. Tydzień, rok, dwa... Musimy znaleźć jakiś sposób by się stąd wydostać.
Opuściłem swój pokój i udałem się do Suliko. Gdy zapukałem do drzwi usłyszałem głośne: – Chwileczkę – a po kilku sekundach – proszę.
Wszedłem do pokoju i ujrzałem ją leżącą w niedbałej pozie na łóżku, ale rumieńce na jej policzkach zdawały się świadczyć, że jeszcze przed chwilą robiła coś zupełnie innego.
– Ach, to ty! Trochę się przestraszyłam. Wiesz, udało mi się złamać jeden z kodów i potrafię otworzyć pole siłowe nad tą częścią jaskini, w której znajduje się prom kosmiczny.
– I co? Ukradniemy rakietę i polecimy sobie na księżyc?
– Znowu robisz sobie jaja ze mnie? Nie wiem, co zrobimy, ale pierwszy krok mam za sobą. Może znajdę również sposób na otwarcie innego pola? Zresztą, o ile wiem, masz doświadczenie jako pilot.
– Dziewczyno, latałem trochę awionetkami, no i widziałem jak pilotuje się nieco większe maszyny, ale to wszystko. Chyba nie sądzisz, że uruchomię rakiety kosmiczne, a potem popilotuję prom i wyląduję sobie na lotnisku Kennedyego?
– Z lataniem jest, jak z jazdą na rowerze. Jak się raz nauczyłeś, to zawsze będziesz umiał.
– No nie żartuj i nie wkurzaj mnie. Sama sobie możesz pilotować. Przecież kiedyś już jechałaś windą. Wciśniesz odpowiedni guzik i już.
Suliko spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Nie wściekaj się. To jest tylko jedna z opcji. Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej. Może program startu też jest gdzieś w bazie i rzeczywiście wystarczy wcisnąć guzik...
– Przepraszam cię, ale jestem tym wszystkim rozdrażniony. Z tego, co powiedział Nobody wynika, że do końca eksperymentu jest jeszcze długa droga i wcale nie wiadomo, czy wypuści nas zaraz po podziemnym wybuchu, czy każe nam czekać do samego końca. Ale ja też mam klucze, a raczej wytrychy do wyjścia. Znalazłem coś, co pozwoli nam wyłamać, lub chociaż rozgiąć kratę, oraz zablokować wentylator. Nie wiem tylko co znajduje się za nim. To znaczy, czy jest tam na tyle szeroko, by wydostać się na zewnątrz. Ale jeśli nawet trzeba będzie kuć w skale, to będę to musiał zrobić. Myślę, że uda mi się tu podkraść odpowiednie narzędzia. W końcu w historii niejeden skazaniec dokonał ucieczki z więzienia przez wykonany przez siebie podkop.
– Dobrze. „Niech żywi nie tracą nadziei”. Każde z nas powinno robić swoje, a czas pokaże, który ze sposobów okaże się lepszy.

Pożegnałem się z Suliko i przebrawszy się w kombinezon udałem się w kierunku korytarza wentylacyjnego. Używając ceownika, jako dźwigni udało mi się rozchylić pręty na tyle, że zdołałem przecisnąć się na drugą stronę. Następnie, również przy pomocy stalowych kształtowników zablokowałem na chwilę łopaty wentylatora i przecisnąłem się dalej. Odblokowałem następnie wentylator i zacząłem się posuwać wgłąb korytarza.
Trochę niedobrze – pomyślałem – na skutek mechanicznego blokowania może dojść do uszkodzenia uzwojenia i wentylator przestanie pracować. Wtedy Nobody podeśle tu elektryka i sprawa się wyda. Muszę znaleźć lepszy sposób.
Poszedłem jeszcze kilkadziesiąt jardów, pnącym się ku górze korytarzem, aż doszedłem do przewężenia uniemożliwiającego przejście. W świetle latarki dostrzegłem jednak, że przewężenie ma jedynie około półtora jarda, a za nim korytarz ponownie poszerza się w stopniu umożliwiającym swobodne poruszanie się dorosłemu człowiekowi. Wróciłem w stronę wentylatora, podniosłem mój improwizowany łom i wróciłem do zwężki. Kilkakrotnie uderzyłem w skałę i stwierdziłem, że jest na tyle miękka i krucha, że w ciągu kilku dni powinienem sobie z nią poradzić. Niestety echa uderzeń roznosiły się po jaskini i mogły tu kogoś zwabić. Trzeba znaleźć coś znacznie delikatniejszego, a także zaczekać do wznowienia wierceń, które zagłuszyłyby odgłosy kucia.
Następnego dnia poszukałem w rumowisku utworzonym przez elementy rozebranej wieży kilka kawałów płaskownika. Na nie nadzorowanej przez nikogo szlifierce zaostrzyłem je na kształt dłuta i ukryłem w wózku, który jak się doczytałem nosił nazwę Melex. Przy okazji „zwędziłem” wkrętak, kombinerki i wyłącznik o odpowiedniej mocy, oraz półfuntowy młotek . Przydałby się większy, ale nie nawinął mi się taki pod rękę. Zauważyłem również, że pierwszy szyb zalewany jest betonem.
To oznacza, że bomba spoczywa już na swoim miejscu
Zawiozłem swoje narzędzia do korytarza wentylacyjnego i zamontowałem na kablu doprowadzającym prąd do wentylatora "pożyczony" wyłącznik.
Przez najbliższy tydzień bardzo delikatnie skuwałem skałę odgradzającą nas od tak upragnionej wolności. Któregoś dnia ponownie usłyszałem warkot i poczułem znane wibracje. To pozwoliło mi na bardziej zdecydowane posługiwanie się narzędziami, czego efekty można było dostrzec już po dwóch, czy trzech godzinach.
Tymczasem Suliko w dalszym ciągu usiłowała złamać zabezpieczenia, ale okazywała coraz większe zniechęcenie, bowiem sposób szyfrowania był na tyle skomplikowany, że nie mogła sobie z nim poradzić.
Któregoś wieczora do moich drzwi zapukał Nobody we własnej osobie.
– No to, redaktorze, wybiła godzina „zero”. Jutro, zaraz po śniadaniu pójdziemy razem do centrum dowodzenia. Stroje wizytowe nie obowiązują.
Po śniadaniu Nobody wziął za ramiona Suliko i mnie i wyprowadził z jadalni.
– No, jak tam, redaktorze? Dużo panu zostało?
– Czego?
– Skały?
– Jakiej... skały? – nieudolnie udałem zdziwienie.
– Redaktorze! Zna pan powiedzenie: ściany mają uszy? Te ściany mają również oczy. A ty moja droga zrobiłaś jakieś postępy w deszyfracji? Niepotrzebnie się państwo męczyli. Choć, z drugiej strony, przynajmniej nie nudziliście się tak bardzo.
Kiedy dotarliśmy się do znanej nam sali z komputerami i innym sprzętem, trwało już odliczanie. Zajęliśmy miejsca w przeznaczonych dla nas fotelach i obserwowaliśmy skupione twarze wszystkich obecnych. W końcu Nobody nacisnął przycisk. Nic się nie stało. Tylko sejsmografy pokazały na dużym monitorze niezbyt wielkie drgania.
– Najwyżej trójka – powiedział jeden z pomocników doktora Nobody. – Czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Rozległy się brawa. Wszyscy, prócz nas, kolejno podchodzili do doktora z gratulacjami.
Po kilku minutach sejsmografy zaczęły jednak wariować. Podłożem raz po raz zaczęło wstrząsać.
– Piątka! – wykrzyknął geofizyk.
Wstrząsy ustały, ale tylko na kilka minut, potem zagrzmiało, zadudniło i potężny wstrząs zrzucił z biurek kilka monitorów. Ze stropu oderwało się kilka kamieni.
– Shit! Sześć i siedem!
Chwyciłem Suliko za rękę i zanurkowaliśmy pod stół. Wstrząsy następowały jeden po drugim, a przerwy stawały się coraz krótsze. Nagle zawaliła się prawie połowa stropu pomieszczenia, grzebiąc pod sobą wszystkich, prócz nas i doktora. Nobody wybiegł na korytarz. Suliko i ja podążyliśmy nim. Po chwili zorientowałem się, że biegniemy w kierunku tej części jaskini, w której znajduje się prom kosmiczny.
– On chyba chce polecieć – wykrzyknęła zdyszana Suliko.
– Chyba tak. Lecimy z nim, albo nie odleci nikt.
Opublikowano
Równocześnie ogromna betoniarka wypluwała na taśmociąg ogromne ilości cementu. Równocześnie

a ja nie widząc na razie nic specjalnie interesującego - jakby urwane, warto coś dodać.

przecisnąłem się dalej. Odblokowałem następnie wentylator i zacząłem się posuwać dalej.

– Sheet! - chodzi o shit?

dobry kawałek; więcej się dzieje, wreszcie akcja nabiera rozpędu, wyjaśniają się tajmenice, pociągają za sobą następne. czyta się bardzo sprawnie, z przyjemnością.

pozdr.
Opublikowano

Leszku, Jay Jayu - poprawiłem. Dzięki.
Jacku! Nie wiem, ale pomysł przyszedł mi do głowy na przełonie roku, a mniej więcej w połowie stycznia miałem pełny scenariusz. Potem tylko dodawałem szczegóły i wymyśłałem dialogi, konsekwentnie dążąc do zaplanowanego finału. Nie upieram sie przy twierdzeniu, że tekst jest dobry pod względem technicznym i artystycznym, ale nie zgadzam się, w kwestii braku konsekwencji.

Opublikowano

sprawnie dopisujesz kolejne części
aczkolwiek...w dzisiejszym "odcinku" wątek wydostania się bohaterów jest dla mnie zbyt nużący, natomiast końcówka całkiem, całkiem i oczekuję, że dalsza część porwie mnie niesamowitym zwrotem akcji :)

Opublikowano

Rozumiem danblack, że powinienem zastosować metodę Hitchcocka - najpierw earthquake, a potem napięcie powinno narastać. ;-)
No cóż skupiam się może na zbędnych detalach, ale chciałem przedstawić (może nieudolnie) dramatyzm sytuacji, walkę (niekiedy syzyfową) człowieka z przeciwnościami losu, i doprowadzenie do Happy Endu, choć tego ostatniego nie obiecuję.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...