Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wbiegliśmy do korytarza prowadzącego bezpośrednio na kosmodrom, gdy nastąpił kolejny, potężny wstrząs. Dojrzeliśmy, że na biegnącego przed nami doktora osuwa się fragment ściany korytarza. Gdy znaleźliśmy się obok stwierdziliśmy, że blok skalny przycisnął go do podłoża, uniemożliwiając uwolnienie się spod ciężaru.
– Pomóżcie! – wysapał, ujrzawszy nas.
– Zaczęliśmy się we dwójkę siłować z odłamem, jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne.
– Nie damy rady – wyszeptała Suliko.
– Idźcie po jakiś łom, czy coś w tym rodzaju – odpowiedział Nobody. Wtedy jakoś sobie poradzicie. Pan redaktor zna się trochę na tym – nawet w tak dramatycznym położeniu pozwalał sobie na złośliwe uwagi.
– Nie mamy na to czasu – odrzekłem.
– A poza tym, o ile dobrze pamiętam, pan nie został, by ratować swoich zasypanych współpracowników – dodała Suliko. – Musi sobie pan radzić sam.
– Ty suko! – wysyczał. – I tak sami sobie nie poradzicie. Nawet nie dostaniecie się za drzwi prowadzące do promu.
Tak, to prawda. Muszę chyba pobiec na centralny plac i przeszukać ten złom...
Suliko rozejrzała się wokół.
– Chyba nie ma pan racji, doktorze. Przez drzwi przejdziemy.
Podbiegła kilkanaście jardów i zdjęła ze ściany pomalowany na czerwono topór strażacki. Wróciła do pułapki, wzięła zamach i odrąbała uwięzionemu kciuk i część palca wskazującego. Kompletnie zaskoczyła mnie swoim zdecydowaniem i determinacją. Dotąd nie znałem jej z tej strony.
– Przepraszam pana, ale to się już chyba panu nie przyda.
Nobody zawył z bólu, a Suliko podniosła odrąbane palce i pobiegła w stronę drzwi. Podążyłem za nią. W drodze towarzyszyły nam przekleństwa doktora. Gdy znaleźliśmy się przed drzwiami przyłożyła opuszkę palca do płytki skanera. Tymczasem z korytarza dobiegł jakiś dziwny szum. Obróciłem głowę i dojrzałem zbliżającą się ścianę wody.
– Szybko, Suliko! Musiała puścić tama.
Na szczęście po kilku sekundach drzwi otworzyły się bezszelestnie i przeszliśmy na drugą stronę. Woda za nami była tuż-tuż.
– Jak to się zamyka? – zapytałem retorycznie i zacząłem się przyglądać obramowaniu drzwi w poszukiwaniu jakiegoś przycisku, jednak nic takiego nie zauważyłem. Natomiast na wewnętrznej ich płaszczyźnie dojrzałem taką samą płytkę jak po przeciwnej stronie.
– Skaner, Suliko!
Suliko przyłożyła obcięty palec do płytki. Drzwi zaczęły się powoli zamykać. Wyjrzałem na korytarz i dostrzegłem utykającą pumę, niosącą w pysku zakrwawione kocię. Drugi maluch podążał za matką.
– Otwieraj!
– Co się stało? – Suliko ponownie przyłożyła palec do płytki.
Nim zdążyłem odpowiedzieć rodzina pum, nie zwracając uwagi na naszą obecność wśliznęła się do pomieszczenia i natychmiast ukryła się w jakimś zacisznym miejscu.
– Skąd się tu wzięły? – zdziwiła się Suliko.
– Widocznie pole siłowe przestało działać i spadły do jaskini
Suliko ponownie zabawiła się w odźwiernego, ale woda dotarła już do końca korytarza i stawiała opór. Naparliśmy wspólnie na drzwi i – stojąc po kolana w wodzie – wspomogliśmy siłę urządzenia zamykającego, odcinając przy tym dalszy napływ wody.
Wyjrzałem Przez „judasz” i stwierdziłem, że woda prawdopodobnie znalazła sobie jakieś inne ujście, bo zaczęła się cofać.
– No i co teraz? – bezradnie zapytała Suliko.
– Nie mam pojęcia, ale musimy się rozejrzeć. Nie wyrzucaj palca – może się nam jeszcze przydać.
Zaczęliśmy obchodzić jaskinię, aż natrafiliśmy na kolejne, tym razem nie zabezpieczone drzwi. W środku znajdowało się kilka kombinezonów kosmicznych.
– Jaki rozmiar pani sobie życzy? Trzydzieści sześć?
– Dół tak, ale góra trzydzieści osiem.
– Przykro mi, ale na składzie aktualnie posiadamy jedynie rozmiary czterdzieści i czterdzieści dwa. Proszę łaskawie zajrzeć do nas w przyszłym tygodniu. Postaramy się specjalnie dla pani sprowadzić odpowiedni rozmiar.
W czasie tej rozmowy mocowaliśmy się z zakładaniem kombinezonów. Chyba nam się to udało wykonać poprawnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Następnie podbiegliśmy do wieży startowej i stanęliśmy na platformie windy. Po wciśnięciu guzika winda ruszyła i dowiozła nas do pomostu łączącego wieżę z włazem promu. Przeszliśmy po niej i tu palec doktora ponownie okazał się nieodzowny.
Weszliśmy do kabiny.
– Skurwysyn! – powiedziała Suliko.
Spojrzałem na nią pytająco.
– Pamiętasz, jak mówił, że wszyscy, którzy zdążą będą mogli uciec? Przecież tu są tylko cztery miejsca.
– Faktycznie, skurwysyn. Miał pełną świadomość, że niewielu ludziom uda się stąd wydostać.
Zasiedliśmy miejsca w fotelach, choć może bardziej stosownym byłoby określenie „położyliśmy się”, jako że prom był ustawiony w pozycji pionowej i po podłączeniu odchodzących od skafandrów rur i przewodów do odpowiednich gniazd z boków foteli rozpoczęliśmy zapoznawanie się z urządzeniami. Ja dokonywałem analizy części przypominającej pulpit pilota samolotu, Suliko zaś zajęła się komputerami. Po kilku minutach moja nieoceniona specjalistka od spraw informatyki stwierdziła triumfująco:
– No, to pole siłowe nad nami zostało otwarte. Teraz zaczynamy przygotowanie do startu. Umiesz się modlić?
– Mogę spróbować.
– No to módl się. – Suliko wcisnęła „enetr” na klawiaturze. Rozległ się delikatny pomruk jakichś pomp, czy silników, a na pulpicie rozbłysło kilka monitorów.
– Ile potrwa to pzygotowanie? – zapytałem.
– Procedura standardowa trwa trzy godziny, ale jest opcja „start awaryjny”, bez kompletnego testu urządzeń.
– To chyba jest start awaryjny? Uruchom go! I tak nasze szanse nie są zbyt duże.
Suliko wcisnęła kilka klawiszy. Poczułem , że skafander napełnia się powietrzem. Po chwili rozległ się potężny huk i nagle potężna siła wcisnęła nas w oparcia foteli, a rakiety nośne uniosły prom, ponad platformę startową. Narastające przyśpieszenie doprowadziło mnie prawie do omdlenia, lecz po chwili odzyskałem świadomość. Spojrzałem na Suliko. Zniosła start chyba nieco lepiej, ale jej twarz była bardzo blada. Chciałem ją zapytać o samopoczucie, gdy nasz pojazd dostał kolejnego impulsu, a ja ponownie zacząłem zapadać w niebyt. Gdy ocknąłem się z zapaści poczułem niezwykła lekkość. Stwierdziłem, że nie leżę już na oparciu, lecz siedzę, jak w samochodzie. Spojrzałem w okno. Nad głową ujrzałem błękitną planetę.
Tak, Ziemia jest w górze, a więc niezupełnie, jak w samochodzie. No chyba, że w samochodzie po dachowaniu.
Popatrzyłem na uśmiechniętą Suliko i rozpiąłem pasy bezpieczeństwa. Po lekkim dotknięciu siedzenia uniosłem się w przestrzeni, o ile tak można określić ciasne wnętrze kabiny. Po krótkiej chwili Suliko odłączyła hełm i dołączyła do mnie.
– Próbowałeś się całować w nieważkości? – zapytała.
Ja również zdjąłem hełm.
– Nie próbowałem, ale zapewniam cię, że potrafię całować tak, że nawet w warunkach ziemskiego ciążenia poczułabyś się jakbyś przebywała w kosmosie – zażartowałem.
– Już sprawdzam.
Suliko wpiła się w moje usta.
– Nieźle – rzekła przerywając pocałunek. – Sprawdzimy jak to będzie na Ziemi, ale najpierw trzeba na nią powrócić. Bierzmy się do roboty!
– Co mam niby robić. Wcisnąć hamulec i szukać gładkiego kawałka pola?
– Ja zajmę się komputerem, a ty możesz sobie oglądać widoczki.
Nagle w kabinie zrobiło się ciemno. Na naszym promie nastała noc. Kiedy jednak zrobiłem ruch dłonią włączyło się oświetlenie.
– Sprytnie pomyślane – stwierdziłem. – Zwykły czujnik ruchu i włącza się światło. Spojrzałem na Ziemię. Była ciemna i tylko tu i ówdzie widoczne były słabe światła.
– Jak myślisz gdzie jesteśmy? – zapytałem.
– Bo ja wiem... Może nad oceanem, albo nad Afryką?
Miała rację. Po chwili zrobiło się nieco jaśniej i dojrzałem w górze ośnieżony szczyt Kilimandżaro, a zaraz potem granatową, przechodzącą w błękit przestrzeń oceanu. Lecieliśmy na północny-wschód.
Zajęliśmy miejsce w fotelach i Suliko podjęła przerwane czynności przy komputerze, ja zaś znalazłem w górnej części kabiny umocowany na regulowanym ramieniu spory teleskop. Obniżyłem go i spojrzałem przez okno. Mijaliśmy Indochiny i wlatywaliśmy nad Pacyfik. Po jakimś czasie dotarliśmy nad wybrzeże Ameryki i stwierdziłem, że ginęło ono w chmurze gęstego dymu, czy pyłu, przez którą tu i ówdzie przenikał odblask ognia i dopiero Nevada ukazała nam się w całej okazałości.
Krążyliśmy tak, przeżywając co kilkadziesiąt minut zmiany pór dnia.
– No jak tam u ciebie? – zwróciłem się do Suliko. Masz pojęcie ile dni już tak krążymy. Zdechniemy tu z głodu.
– Uspokój się. Wszystko jest na dobrej drodze.
Wróciłem do swoich obserwacji i po którymś tam okrążeniu stwierdziłem, że chmura dymu znad zachodniego wybrzeża zaczyna się przesuwać na wschód. Widocznie zaczęło wiać od oceanu.
Podczas kolejnego przelotu nad Kalifornią włosy zjeżyły mi się na głowie. Całe zachodnie wybrzeże od Seattle, aż do końca Półwyspu Kalifornijskiego utworzyło dwie oddzielone kontynentu wąską cieśniną wyspy. Na końcach wysp przylegających do dzielącego je skrawka wody dostrzegłem resztki konstrukcji Golden Gate. Wyraźnie było widać ziejące ogniem i dymem Mount St. Helen, Three Sisters, Mt. Shasta oraz kilka jeszcze, nie znanych mi z nazwy wulkanów.
– Patrz, Suliko.
Spojrzała i po prostu rozpłakała się.
– To pieprzony skurwiel – powiedziała, gdy już się nieco uspokoiła. Wiesz gdzie nasz prom ma wylądować? W Północnej Korei. Nie chciałam ci tego mówić wcześniej i próbowałam coś zmienić, ale to przekracza moje możliwości.
– A próbowałaś połączenia radiowego, lub przez sieć? Z Houston, lub Cap Canaveral?
– Nie próbowałam. Ale to może być jakaś szansa. – wróciła do komputera.
Po upływie kilku kolejnych dni i nocy i powtarzanych wielokrotnie próbach wywołania centrali NASA w końcu z głośników rozległ się żeński głos:
– Houston. O co chodzi?
– „Houston, mamy problem” – zacytowała Suliko.
– Telewizji nie oglądacie? Cała Ameryka ma problem. Zgłoście się na policję, ale oni też są dosyć zajęci.
– Houston, nie rozłączajcie się. Mówimy z przestrzeni kosmicznej. Jesteśmy amerykańskimi dziennikarzami i orbitujemy w kosmosie.
– Ha! Ha! Orbitujecie? Nie róbcie sobie głupich żartów!
– Ale to jest prawda. Znajdujemy się w promie kosmicznym i okrążamy ziemię. Nie potrafimy wylądować.
Po drugiej stronie przez chwilę zapanowała cisza.
– Na jakim promie? – do mikrofonu odezwał się jakiś mężczyzna. – Jakim sposobem znaleźliście się w nim.
– Na rosyjskim. Nazywa się Buryevyestnik. To po rosyjsku oznacza albatros – zwróciła się do mnie.
– Buryevyestnik? Taki prom nigdy jeszcze nie był w kosmosie. To jest prototyp. Skąd żeście się tam wzięli, do diabła?
Suliko streściła całą naszą historię.
– To ciekawe... Bezpośrednio po pierwszych wstrząsach doniesiono nam o starcie UFO, a to był wasz prom. No to faktycznie macie problem. U nas zapanowało prawdziwe piekło, a poza tym nie mamy czym po was polecieć. Ale skontaktujemy się z Rosjanami. O ile wiemy mają coś przygotowanego do startu. Nie rozłączajcie się – kiedy tylko czegoś się dowiemy powiadomimy was. Przy okazji – przelatujecie nad Zachodnim Wybrzeżem?
– Tak.
– Możecie opowiedzieć, co widzicie?
Włączyłem się do rozmowy i zacząłem opowiadać o wszystkim, co mogłem dojrzeć z orbity.
– Proszę opowiedzieć o wszystkim jeszcze raz – nasz rozmówca przerwał moją wypowiedź.– Słucha was prezydent.
Powtórzyłem wszystko od nowa. Kiedy skończyłem prezydent podziękował mi za relację i obiecał osobiście porozmawiać z prezydentem Rosji w sprawie naszego powrotu na ziemię.
Następnie przeszukaliśmy znajdujące się w kabinie skrytki, w których znaleźliśmy jedzenie i picie. Udało nam się również odszukać toaletę. Na szczęście była w niej wywieszona instrukcja obsługi – co prawda po rosyjsku, ale Suliko biegle posługiwała się językiem swojego ojca i przetłumaczyła mi wszystko, dzięki czemu nie doszło do katastrofy ekologicznej na pokładzie. Potem zapadliśmy w drzemkę.
Obudziły nas płynące z głośnika rosyjskie słowa:
– Zdrawstwujtie amierikanskije żurnalisty.
– Zdrawstwujtie druzja! – odpowiedziała Suliko.
– Zdraw... Helo! – dołączyłem się do pozdrowień.
Rosjanie przeszli na angielski i wytłumaczyli nam, jaki mają plan.

Opublikowano

"jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne" - może "było ponad nasze siły" - to opowiadanie jest przecież pełne grozy, więc opowiadający jak wyobrażam sobie musi wyrażać się ekspresyjnie i w sposób zwięzły.

"zdjęła ze ściany pomalowany na czerwono topór strażacki" - opowiadający jak wyobrażam sobie musi wyrażać się ekspresyjnie i w sposób zwięzły - więc może bez "pomalowany na czerwono"?

"drzwi otworzyły się bezszelestnie" - opowiadający jest podniecony swoją opowieścią, a słuchacze chcą wiedzieć co zdarzyło się dalej - więc opowiadający pomija nie znaczący fakt tamtejszego bezszelestnego otwierania się drzwi.

Ja proponowałbym autorowi przejrzenie całego tekstu pod takim właśnie kątem. Jeśli autor lubi szczegółowe komentarze, to chętnie na to przystanę, ale pod warunkiem, że równie dokładnie Pan Leszek przejrzy, przeanalizuje moje teksty. Pozdrawiam :)

Opublikowano

Niezupełnie sie z tobą zgadzam Don Cornellos. To nie jest sportowa relacja na żywo, by bohater opowiadania popełniał błędy typu "na boisku walczą Beldzy i Holendrowie", jak to przydarzyło sie pewnemu znanemu (świętej pamięci) sprawozdawcy. To jest relacja pisana ex post. Inna sprawa, gdybym pisał z pozycji obserwatora - wtedy rzeczywiście mógłbym poddawać się emocjom. No, może z tymi drzwiami, to masz rację. Ale na razie nie poprawiam, w oczekiwaniu na więcej uwag krytycznych.

Opublikowano

"– Pomóżcie! – wysapał, ujrzawszy nas.
– Zaczęliśmy się we dwójkę siłować z odłamem, jednak przesunięcie go przekraczało nasze możliwości fizyczne." - o jeden enter za daleko

"Chyba nam się to udało wykonać poprawnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Następnie podbiegliśmy do wieży startowej i stanęliśmy na platformie windy." - nieoczekiwana zmiana czasu

"Całe zachodnie wybrzeże od Seattle, aż do końca Półwyspu Kalifornijskiego utworzyło dwie oddzielone kontynentu wąską cieśniną wyspy." - od

"judasz" - wydaje mi się, że się odmienia

Co do opowiadania, to większe wrażenie niż zniszczenie zachodniego wybrzeża zrobiły na mnie odrąbane palce doktora. Żywemu człowiekowi tak brutalnie odrąbać palce??? Gdyby trup, to rozumiem, ale żywemu...
No i co z tego że doktor zły? No i co? Szczerze mówiąc, nie zostałem do końca przekonany, że doktor to samo zło, które można by w tak brutalny i bezwzględny sposób potraktować... Gdyby zginął to rozumiem, ale żywemu... brr.
Reszta poza tym, moim zdaniem, bardzo ok.

Pozdrawiam Serdecznie

Opublikowano

Dziękuję za uwagi, poprawki naniosę. Odrąbane palce ci się nie spodobały? Przyznaję, że mi również, ale była taka koniecznośc i to z dwu powodów: po pierwsze trudno, by moi bohaterowie czekali na śmierć doktora, a po drugie... o tym w kolejnym, ostatnim już odcinku.
Co się tyczy judasza. Miałem wątpliwości, ale doszedłem do wniosku, że judasz (pisany z małej litery) należy jednak odmieniać tak, jak to zrobiłem (kog?co? - judasz), ale jeśli ktoś wie jak powinno byc naprawdę, czekam na podpowiedź.
Pozdrawiam.

Opublikowano

kogo? co? (widzę) - judasza
Suliko wcisnęła entr - enter

oj nie mam dziś głowy do szukania błędów - chyba w poprzedniej części w ostatnim akapicie zgubiłeś jakieś słowo -teraz sobie nie przypomnę. Sprawdź jak będziesz miał chwilę. Ogólnie tekst od strony technicznej dobrze napisany. Więcej napiszę po ostatniej części.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena po tym, co wyczytała @Berenika97  pozostało mi tylko napisać, że nieśmiało dołączam do Jej słów.  Mistrzostwo pióra ! Pozdrawiam.
    • @Migrena to piękny, klimatyczny i zmysłowy wiersz. Czuć w nim emocje i wrażliwość.m Pozdrawiam ciepło.
    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...