Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

łososia spotyka węgorz
wędrujący do morza
- sargassowego raju
zakosztuję niebawem

łosoś z hakowatą szczęką
- z oceanu umykam
do górskich potoków
mam pewną sztukę od dawna na oku

ten w bermudzkiej ekierce
oddał ducha zrobiwszy swoje
łosoś z łososiową od ikrzenia
się-gają też swego dna

przepławki jazy bystrzyce i morze
tylko jeden szczyt
stare ości dla nowego życia
podwodnego łańcucha




18 maja 2007

anadromiczne ryby - wędrowne, które na tarło wpływają z mórz do rzek np. łosoś
katadromiczne ryby - wędrowne, które na tarło dążą z rzek do morza np. węgorz

Opublikowano

Pan Modliszek w taki razie Nobla i Guiness'a za jednym zamachem powinien dostać ;)))
Wiersz misię podoba (wędkuję nieco), z żartobliwego tonu wynika piękne przesłanie,
acz makabryczne nieco.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




makabryczne...no wiesz
a ile razy zdarzyło Ci się powiedzieć:
- taką choć raz przekochać i umrzeć ..??

i to jest makabryczne?
To jest piękne:))))
Dziekuję
pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Stasiu
właśnie
wczoraj dwa razy zmieniałem i jeszcze pogłówkuję
po to ten warsztat:)
Ale chociaż jestem zadowolony z jednego - ze świadomości, że kulawy
Dziekuję Ci stokrotnie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Przykro mi, ale nie mam porównania z poprzednią wersją, dlatego nie za bardzo wiem, co się zmieniło.
Ale pobawiłem się trochę... :) i napisałem po swojemu. I chociaż starałem się żeby wiersz zbytnio nie odbiegał od pierwowzoru, to co z tego wyszło, zobacz sam. Rymy niestety włażą mi mimo woli, dlatego być może pokręcone to co nieco ;))
serdecznie pozdrawiam

łososia węgorz spotkał płynąc
rzeką do głębin sargassowych
- tak mi zachciało się
coś wiosną
przepięknie bracie zapachniało

łosoś ze szczęką hakowatą
rzekł - ja ocean przemierzyłem
w górskich potokach już od dawna
nieziemską mam na oku małą.

węgorz w bermudzkiej toń ekierki
zapadł i w tarle oddał ducha
łosoś w szczęśliwość chwil we dwoje
spłynął i także padł jak mucha

pokonać morza jaz przepławki
przeżyć jedyne uniesienie
dla życia życie dać i ości
łańcuch podwodnej prokreacji

P.S.
Tak prawdę mówiąc wolałbym to przerobić na całkowitą rymowankę, na pewno lepiej by się czytało
Opublikowano

HAYQ
serdeczne dzięki za trud pomocy.
Nie mówię, że nie skorzystam - kilka ciekawostek tu widzę - ale kolejna "edycja" wymaga czasu.
Jedno u Ciebie nie tak: łosoś nie może paść jak mucha;)) najczęściej pada.
Ale wg nauk wszelkich o ile węgorz stamtąd /Trójkąta Bermudzkiego/ nie wraca
to łosoś przy sprzyjających warunkach /czytaj - niewielkim zmęczeniu pokonywaniem trudu dotarcia do tarliska/ wraca z powrotem do morza, by w następnym sezonie znów poszaleć;)
Ale to taki mały drobiazg.
Dziękuję jeszcze raz
i pozdrawiam

Opublikowano

Wiem, że z tą muchą, to naciągane... i to nie lekko ;))... ale rozumiesz... mucha -> pstrąg -> łosoś... coś tam wspólnego jest - inna sprawa, że trzeba by było dodać, że "podzielił los własnych ofiar" - a to już niepotrzebne w tym wierszu. Wycieńczenie, to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Chociaż, jest jeszcze jedna możliwość - łosoś może nie zaznać szczęścia, bo zginie jako niedźwiedzi przysmak:) Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...