Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wypogodziło się aż miło, wróciły tu znowu i w pośpiechu, na podłodze, zaczęły budować nowe gniazdo. W południe rozłożyłam na balkonie parasol przeciwsłoneczny i to nie podobało się ptakom. Usiadły na barierce, na wyciągnięcie ręki, po obu moich stronach i prowadziły swoją ptasią naradę. Czekam, co z tego wyniknie, a one to gniazdo zaczęły do sąsiadki przenosić, ponieważ parasol nie przypadł im do gustu. U sąsiadki stał koszyk wiklinowy i donica, w której gołębie porządnie się wypierzyły i jakoś tak wycierały się na tej podłodze. Gdy rozejrzałam się pod wieczór, wszystko było już sprzątnięte, u mnie też ich na razie nie było, więc wróciłam do właściwych zajęć domowych. Piłam herbatę na balkonie, gdy nadleciały, usiadły na chwilę na barierce, gruchając przy tym nieprzerwanie,aż w pewnej chwili wzbiły się jednocześnie w powietrze i odleciały. Śledziłam wzrokiem tor ich lotu; przefrunęły nad ulicą, później nad ogrodami pomiędzy ziemią a obłokami na dużej wysokości i wylądowały na zielonej łące, daleko obok pojedyńczego siedliska, nieopodal stada pasących się tam krów.
Jednak wolne...Kończyła się pierwsza dekada lipca, gdy cała sytuacja z ptakami powtórzyła się.
Wyjrzałam rano na balkon i było tam nowe gniazdo pod bluszczem w donicy, w kąciku wypoczynkowym, jak na starych makatkach. Ja jednak miałam do załatwienia kilka ważnych spraw dotyczących egzystencji i bez sentymentów zrobiłam porządek, po czym wyszłam z domu. Wracam po pewnym czasie i wyglądam ,co to tam się dzieje, patrzę i oczom nie wierzę;
pod bluszczem, leży jajo...całkiem spore, białe jajo, a obok samiczka. Był dziesiąty lipca, machnęłam na to ręką i zabrałam się do pilnych zajęć. Na balkonie uspokoiło się, rzecz cała działa się teraz w kąciku. Młode gołębie nie przejawiały zbytniej troski, dopiero po kilku dniach gołębica siadła na tym jajku konsekwentnie, teraz nastał spokój. Bluszczu podlewać nie mogę, bo to jajko leży na ziemi. Siedzę sobie na balkonie, zażywam kąpieli słonecznej i patrzę, jak bluszcz przedwcześnie mieni się kolorami czerwieni, a pod liśćmi siedzi ta gołębica i przyglądamy się sobie z ciekawością. Ja po chwili odchodzę do swoich zajęć, ona tam wysiaduje i już. Właściwie to jest spokojnie i zwyczajnie aż do trzeciego sierpnia, kiedy to zaglądam do donicy, a tam; skorupka pęknięta na pół a pomiędzy jej łupinami ni mniej, ni więcej, tylko ptaszek. Niesamowicie nieporadne pisklę;
nagie, wiotkie ciałko i długa szyja. Wyjęłam z szafki stary aparat fotograficzny i całe zdarzenie zatrzymałam w kadrze.

cdn.

Teraz oto mogłam zaobserwować, jak dorosłe gołębie doglądają pisklęcia. Zajmują się oba na zmianę ale częściej na gnieździe przebywa gołębica a samiec jest bardziej płochliwy. Gołębica to co innego; napuszyła piórka i siedzi stanowczo ogrzewając nagie maleństwo.
Kupiłam paczuszkę grochu i dokarmiałam tę gołębicę, bo młode było ślepe i zupełnie bezbronne przez kilka dni, poza tym w porze karmienia wkładało swój dziób do dzioba gołębicy i ten pokarm gdzieś tam z głębi wyjadało. To karmienie przebiegało coraz bardziej żywiołowo, wraz ze wzrostem malca. Oczy pisklę otworzyło po kilku dniach życia. Z czasem po karmieniu ptaki pozostawiały pisklę, które zasypiało wspierając łepek na coraz większym dziobie. Rosło, jak na drożdżach, obrastało w puszek, a później w piórka. Mdlało w upale, więc spryskałam je wodą i poiłam maczając mu dzióbek, a ono otrząsało się i nie było już takie wiotkie, nabierało sił. W połowie sierpnia młode było już w dużym stopniu upierzone
w pstrym kolorze, ze sporą ilością bieli, ogonek był jakby równo przycięty, a dzióbek mocny. Głośno dopominało się..pi, pi, pi...pokarmu od rodziców, którymi teraz przy karmieniu nieomal rzucało o podłogę, zmuszając do karmienia dzióbkiem i skrzydłami, jak tokujący cietrzew. Ze względu na wygląd nazywałam go małym pteromarabutem. Tłukł mnie dziobem przy sprzątaniu, szczególnie na początku, a później złagodniał z czasem. W ciekawszych momentach wykonywałam fotografie, żeby tą ciekawostkę utrwalić.
A jak pisklę wypadło z donicy, to okazało się, że całkiem dobrze porusza się na tych niezdarnych nogach. Wkrótce ptaszek zaczął podfruwać, siadać na barierce i już nie dawał się złapać. Próbował pokarmu swoim dziobkiem ale nadal wdzierał się rodzicom do gardeł. Pod koniec miesiąca z trudem złapałam pisklę i wyniosłam do ogrodu. Pisklę furgnęło wysoko na choinkę i nie dało się już złapać. Myślę, że to skalniak. Po pewnym czasie wróciłam do domu; w donicy pod bluszczem leżało jajko, mniejsze troszkę od uprzedniego, tak przynajmniej mi się zdaje. Po dwóch dniach siadła na nim gołębica i jest spokój na balkonie ale poranki i wieczory są już chłodne i nie obserwuję już tak bacznie, co tam się dzieje.

cdn

Z drugiego jajka też wylągł się ptaszek i wszystko powtórzyło się, jak za pierwszym razem po wykluciu pisklęcia. Za dwa tygodnie wyrosną mu lotki i nauczy się fruwać, jak starsze pisklę, które wróciło na dach już wydoroślałe i zagląda tu na balkon do młodszego rodzeństwa. Lata jeszcze niewprawnie, jak młody ptak ale samodzielnie i nie domaga się karmienia od rodziców zajętych intensywnie młodszym pisklęciem.
***
Dziś jest jedenasty października, taki szary, jesienny dzień. I cóż wobec tego chciałam dopowiedzieć? Ano wyszłam na balkon i znowu zafrasował mnie ten bałagan, jaki robi gołąb, gdy już porusza się po całym balkonie ale jeszcze nie odleciał i wyczekuje w doniczce lub pod barierką na rodziców, od których oczekuje pokarmu. Tym razem poczułam, że muszę wymyślić jakieś nowe, rozsądne rozwiązanie. Czy mam tłumaczyć, dlaczego w tym przypadku zdałam się na swoje pomysły? Chyba nie potrzeba. A więc zaczęłam od polowania na ptaszka. Nałożyłam rękawice gospodarcze- bo ptaszyna dziobie- jak się wypłoszy i po kilku podejściach chwyciłam młodego, po czym umieściłam w pustym akwarium i zabrałam się za sprzątanie balkonu. Wymiotłam, umyłam itd. i myślę, co dalej począć. Zauważyłam, że wróciła gołębica, siedzi na barierce i obserwuje całą sytuację, więc pomysł muszę mieć natychmiast albo wkrótce czeka mnie następne sprzątanie balkonu. Wzięłam takie białe, plastikowe krzesło balkonowe, wyjęłam ptaszka z akwarium, weszłam na to krzesło i przez chwilę ważyłam każdy następny ruch do przodu. Musiałam wyliczyć go idealnie dla siebie i dla młodego. W odpowiednim momencie trzymając gołębia w obydwu dłoniach- jak na okładce książki Arno Holza- powoli otworzyłam dłonie i precyzyjnie przewidzianym ruchem podrzuciłam ptaka do góry. Zatrzepotał skrzydłami i chociaż niewprawnie, ale podołał. Frunął na zadaszenie balkonu, a to przecież dachowiec. Początkowo widocznie nie pojął sytuacji, bo usiadł na brzeżku zadaszenia i po prostu miał mnie na podglądzie. Tak sobie tam gaworzyliśmy: ti, ti ptaszku itd. Wyszłam z domu, po powrocie stwierdziłam, że już nie obserwuje balkonu, myślę więc, że samodzielność skończy się happy endem i odzyska swą wolność...wolność dachowca.
Tam są jego rodzice i to starsze pisklę, już wydorślałe, a na balkonie porządek.

cdn...

żartowałam z tym porządkiem... ;)

de finito;

2011 - ptaszki czasem jeszcze przysiadają na barierce balkonu, ale gnieżdżą się poza zasięgiem wzroku i to właśnie cieszy :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •  

      Narodziły się z człowiekiem, dopasowywały się do niego w różnych fasonach i krojach. Pierwsze organiczne wdzianka, skóry zwierząt i włókna roślin.
      Rozwijały kulturę farbowania, czyszczenia i z czasem ozdabiania, wszelakimi wzorami. Rosły w potęgę a przy nim dwunożny twórca. Jednooki Yuke przejął panowanie na przylądku wysypiska śmieci "Tennaszmaty" już jako weteran krawiec na miarę nowej cywilizacji. Nawet Diabeł ubierałby się na wybiegi i nie od parady, gdyby nie jeden incydent.

      Podania głoszą o nadprzyrodzonych mocach łachów. Widziano je w różnych dziwnych miejscach jak gacie w krzakach w upalny dzień, czy spodnie z bluzką przy plaży na ręczniku.
      Co to były za widoki, aż sam krawiec mrugał w zachwycie pod szmacianą opaską na oku.

      Ale nie zawsze miały takie superaśne lajfy. Raz kiedyś, tak ze kilka latorośli wstecz, kiedy jeszcze szyły je igły w rękach elfów jeden z najmłodszych pociął je nożykiem do strugania drewna. Przyszły obrońca natury, miał na imię Gimzielony z Lasu wieczności.

      Władca szmaciany kiedy zobaczył strzępy obdarusów wpadł w ogromną dolinę złości i zemsty. Przesiąkł do ostatniej nitki żywym kwasem o zgrozo czarnej magii.
      Wyszedł z tego nie do końca cały. Yuke zmienił oblicze na agresywną reklamę. Gdziekolwiek nie spojrzał wyskakiwały oferty, kup teraz! Płać za nas śpiewem ptaków. Najwyższa jakość!

      Nadał imiona swojej nowej armii, z produkcji maszynowej. Ciuszki i łaszki, cnotliwe stringi i gryzące wełniane kalesony. Swetry duszące golfy. Skarpetki jadowite węże i nasączył je magicznymi barwnikami.
      Rzucił wyzwanie Elfom, zadał pierwszy cios w ich rękodzieła.

      Skrzydlatym istotom zaczęły odpadać uszy, zmieniały wygląd bliski homo sapiącemu. Drapały się i traciły włosy. Nie potrafili chodzić nadzy, atakujące coraz silniej ich jasne ciała paskudnie inwazyjne substancje, wchłaniane przez rozdrapane rany pogłębiały proces przemiany.



      Pewnego letniego popołudnia, a było to kilkanaście Gimgroszka latorośli później, kiedy dorósł do roli Elfa, pozbawiony praw natury, przez Yuki, postanowił odwrócić zaklęcie.
      Uszyte samodzielnie ubrania z eko bawełny rozrastały się na polach uprawnych w pobliżu elfiego dawnego imperium.

      Yuki włóczył się po wysypisku przyglądając mozaice poddanych, nie zauważył, że wszystko to pochodzi z szaf Śmierci. Rozrzutna zakupoholiczka nabywała coraz więcej i wyrzucała, niewygodne przemodniałe z jednodniową datą do użytku lumpy.

      Świat urósł jak kolorowa dynia i napęczniał do granic możliwości.
      W ten jeden jedyny dzień raz na 99 lat, spotykali się łachonieumarli Elfy z Yukim.
      Sala była wyposażona w środki do zabijania pluskiew i wszy.
      Te przydomowe zwierzęta, namnażały się zbędnie szybko.
      Na tronie z lisiej skóry siedział stwórca, z zasłoniętymi oczami. Koniec reklam.

      Obrady zostały przerwane, do sali wszedł Gimgroszek z przytupem.
      – Czas na rozejm! – krzyknął wymachując kartonikiem z magicznym proszkiem.
      Yuke uniósł się czarną dumą i rzucił w młodego o pyszałka stertą dawniej pociętych zwłok swojego ludu.
      – Jak zdołasz im przywrócić dawną klasę, ty zarozumiały jeszcze elfi smarku. – Największy szmaciarz opadł z sił zagniewany. Na czarno purpurowych licach wyskoczyły ropuchowate pory.
      Czar czarnej farby, przedostawał się do jego zalterowanego ciała coraz głębiej.
      – Oto nowość, mydło szary osioł z mleka siarczystego jak obłok po piorunie! – wykąp się w nim, a ja zaceruję i ożywię te skrawki kultu.

       


      – Zakład stoi! – oddasz mi połowę twoich nieskazitelnych podwładnych, ja uczynię z nich zrównoważoną rasę. – Gimgroszek zastanawiał się przez chwilę.
      – Pod warunkiem, że użyjesz ekologicznych środków do zabarwiania ich umysłów. Muszą być dobrzy i żyć kolorowo.

      I tak się stało, strumieniem świadomości, wysypisko zamieniło się w raj turystyczny nudystów.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...