Sen spał wtulony w łóżku i ściekał na skroni:
widziałem niebo, klękło zjadając równinę.
Zegar w kuchni wypluwał cierpliwość pokory,
kolejną niewyczutą krwią apokalipsę.
Potem chmury spadały, deszcz niszczył rośliny,
noc w słońcu parowała, spalając w proch księgi.
Aż w oko wlazła lepkość historycznej gliny,
i stała wykuwając rozdzielone rzędy.
Zbudziłem się, spojrzałem na okno w pokoju,
na stole nocna lamka jest strażnikiem myśli.
Jej poblask jak lew pełznie w poczerniałym stroju;
do ścian dotarł, nie mogąc wrócić na dwór śliski.

|
|