Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Marzec tego roku był jak... zupa jarzynowa. Taka, jaką pamiętam z kuchni mojej babci, a potem teściowej. Zupa miała powodzenie. Z talerzy znikała szybko. Raz, bo z pola wracało się okrutnie głodnym, a dwa, bo była znakomita. Znakomita poprzez swoją rozmaitość. Trafiało się tam na jakieś zieleniny, wygrzebane gdzieś z mroźnych czeluści wiejskiej spiżarni. To tak, jak pewna nieznajoma - odświeżyła swoje prawo jazdy, zerknęła na jeszcze widoczny bieżnik letnich opon i zerwała się do zielonej jazdy. Jakże piękny - w swojej prostocie, naiwności - był widok zielonej nieznajomej w czerwonym średniaku (to tak, by nie napisać "maluchu") na skrzyżowaniu wrocławskich ulic Sienkiewicza i Wyszyńskiego. Nieznajoma oczekiwała na zielone światło, mrugając lewym migaczem, będąc przed krzyczącym swoją wielkością - zakazem skrętu w lewo. Widok ten mnie zauroczył. Tak, jak zielenina w wiosennej zupie jarzynowej mojej babci. Tylko, że zielenina pojechała prosto w moje usta, a zielona nieznajoma... skręciła w lewo... Babcia pozwalała nam młokosom odnaleźć dobrze wygotowane ziemniaki... To tak, jak ciężarówki jadące przez Wrocław - olbrzymie i jeszcze większe, gdy przetaczają się ich koła wzdłuż mojego samochodu. Czuję ich wielkość. Ziemniaka w ustach. Spaliny ciężarówek - też. I tu jest prawda nie ukryta. Proszę mi wierzyć. Ziemniaki w zupie ni jak nie smakowały, jak spaliny z wielkich rur, wycelowanych w okna mojego samochodu. Doświadczenie, to prawda, uczy. Przed skrzyżowaniem obojętnieję i nie wzruszam się klaksonami, gdy zatrzymuję się kilkanaście metrów przed...Byle nie oknem w rurę ciężarowca, albo czerwonego autobusu. Tak, dobrze kojarzy się z kawałkami czerwonego pomidora, wydobytego z wielkiego słoja przez moją babcię. Pomidor dobrze się zakonserwował i pasował do zupy.


Może, gdyby i miejskie autobusy, wielkie ciężarówki równie dobrze były konserwowane przez babcie - też pasowałyby do marcowej... jazdy. Ale, po tylu latach mogę napisać, iż zdarzały się miłe niespodzianki. Oczywiście - w babcinej zupie. To było coś bardziej konkretnego. Może nie olbrzymie, ale cieszyło podniebienie. Gdy trafiała się niespodzianka z głębi duszy rwał się cichy okrzyk radości. Na Kochanowskiego nie rwał się okrzyk radości. Postawny jegomość z czarnej limuzyny rzucał wiązankami niespodzianek, gdy, a jakże, niespodziewanie natknął się na listwy zapór drogowych. Nie inaczej było na Sobieskiego, gdy mknął w kierunku Warszawy i za łukiem trafiał w niesygnalizowane bariery. Opony wydawały przeraźliwy pisk, a zza kierownicy leciały całe naręcza niespodzianek... Po zupie mojej babci spałem bez sensacji. Gorzej jest z żołądkami kierowców. Nie zważają na bombowe leje pobocza przed Mirkowem. Zatrzymują swoje pojazdy i pędem w nieliczne krzewy, albo z narażeniem życia przez jezdnię i do... odległej toaletowej budki.
A ja siedzę sobie nad talerzem pełnym jarzynowej zupy, tym razem - mojej żony i cieszę się, że robi ją tak, jak jej poprzedniczki i nie zdobyła prawa jazdy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Dobry wieczór. Dopiero zaczynam swoją przygodę z pisarstwem. Chciałabym prosić o opinie tego krótkiego opowiadania oraz porady, na czym się skupić, co przećwiczyć . Dziękuję 

       

       

       

      Nocą to miasto, również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości, przed nadchodzącym koszmarem. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffé Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocne marki, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty. Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem kieszenie z nadzieją, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. W zamian znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia. Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak bardzo nienawidziła. Natomiast ja tak bardzo czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł. Moje marzenie o Alice przerwały schody, na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemie, powędrowałem w stronę peronu z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem na peron, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem poszukiwać miejsca aby usiąść. W Nowym Yorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe. Wreszcie, gdy znalazłem miejsce siedzące, otworzyłem swój czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony swoim szybkim znaleziskiem, przystąpiłem do lektury. Była nią The Great Gatsby. Zakochałem się w tej książce, bo przypominała mi moja historię miłosna z Alice. Gdy znowu do mojej głowy nabiegały wszelakie myśli, postanowiłem zaprzestać temu tragizmowi, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przed mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem, oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca mnie postać, punka z różowym irokezem , mnóstwem tatuaży w czaszki i nazwa kapeli Guns and Roses. Kilka stacji później, do metra wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, były jeszcze dziwniejsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, więc wstałem, podszedłem do drzwi, a one automatycznie się otworzyły. Po wyjściu z metra kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moja mękę, która ma za chwile się zacząć. Powolnym spacerem, rozkoszując się urokami miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety która kiedyś kochałem. Gdy w końcu otworzyłem drzwi domu i zatrzasnąłem je za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś w tym domu mogłem usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina na którym lubiła grać światło księżyca. Teraz nastała pustka, smutek a ja w niej od lat tak tkwię.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...